10 zabaw, na które w życiu nie pozwolisz swoim dzieciom ;)

21
2117

W co się bawić, w co się bawić? Dzisiaj to mniej więcej oczywiste. Najmłodsi mają grzechotki i gryzaki, młodsi łopatki i foremki, ciutkę starsi rowerki biegowe, jeszcze nieco starsi rowery i rolki, a najstarsi lepiej niech się nie przyznają, w co się bawią, jeśli nie chcą być przykuci do kaloryfera 🙂 Tak jest dziś, a jak było te trzydzieści i więcej lat temu? W co się bawiły dzieci ery czarno-białych telewizorów z dwoma programami i magnetofonów Grundig oraz plakatów z Sandrą drukowanych w Sztandarze Młodych?

Lojalnie ostrzegam, tekst wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach 🙂 Nasunie wam się pewnie oczywiste pytanie, czy rodzice wiedzieli o tych wszystkich ekscesach. I jak wam się wydaje? A wy byście starym cokolwiek powiedzieli? No widzicie 😉

Zabawa nr 1 – odbijanie górki

Górki odbicie sprawą honoru było i żaden taki syn z II G nie będzie pluł nam w twarz. Górka była całkowicie poza zasięgiem wzrokowym kogokolwiek z rodziców, czyli po prostu na drugim końcu osiedla, pod szkołą. Do odbijania górki używało się narzędzi odbijających cokolwiek, choćby nerki, czyli kijów i desek. Dowody męstwa w postaci krwiaków obnosiło się wtedy dumnie i każdy sobie życzył, żeby trafiły się na tych częściach ciała, które nie były przykryte szkolnym, granatowym fartuszkiem. Uczestnicy walk mieli lat maksymalnie 9.

Zabawa nr 2 – eksploracja piwnic

Piwnice należało zbadać na całym osiedlu. Domofony miano dopiero wynaleźć, a piwnice rzadko kiedy były zamykane na klucz. Największą glorię i chwałę fundowały te, w których rozkradziono żarówki, w związku z tym było w nich ciemno jak… po prostu ciemno i już. Od czasu do czasu w danej piwnicy natykano się na „bazę” lub „klub” (wyklejony plakatami Sandry lub – jeśli klubowicze byli starsi – plakatami Iron Maiden). Wówczas dostawało się wpierdziel. Rany obnosiło się tak samo dumnie jak te z odbijania górki, a i wiek eksploratorów był podobny – od dziewięciu lat w dół. W dół, nie w górę.

Zabawa nr 3 – wspinaczka po latarniach

Złota myśl konstrukcyjna PRL zaowocowała szerokim „dołem” i wąską „górą”. Dało się wskoczyć, oprzeć na tym „szerokim” i smyrgnąć na górę. Niektórych ojciec przyłapał, jak wisieli na górze, trzymając się za daszek. Niektórzy mieli potem szlaban na podwórko i… czytanie 😉 Warto było. Zwycięzca zdobył bezcenną historyjkę z gumy Donald. Nawet dziś uważam, że warto było 😉

Zabawa nr 4 – łażenie po dachach wieżowców

Tak, tak, dobrze czytacie. Łażenie po dachach wieżowców. Myślicie, że na dachu były jakieś barierki? Pozwolę sobie na dyskretny chichot. Wejście na dach nie było żadnym problemem, ponieważ nie było domofonów, a na poddaszach ktoś notorycznie psuł okienka (i kradł klamki czy coś tam). Parafrazując przebój, mogliśmy zaśpiewać „a po szkole wejdźmy na dach”. W końcu sprawa się rypła i nigdy później nie widziałam ojca tak wkufionego. Jeszcze prawie dziesięć lat później pół osiedla stało na wszelkich możliwych dachach i oglądało zaćmienie słońca.

Zabawa nr 5 – chodźmy nad rzekę

Była sobie rzeka oddalona od osiedla o jakieś dwa kilometry. Klasy drugie i trzecie miały swoją ulubioną miejscówkę. Drugie i trzecie, dobrze czytacie. Podstawówki, rzecz jasna. Jakieś stroje kąpielowe? A kto wtedy widział stroje kąpielowe dla dzieci? Pływało się normalnie, w gaciach. Pływało się. W rzece. W drugiej klasie. Bez rodziców. Oczywiście kiedy ci się dowiedzieli, trzeba było się kamuflować znacznie inteligentniej.

Zabawa nr 6 – badanie poniemieckich bunkrów.

Na terenie tych bunkrów stoją dzisiaj hipermarkety, ale to nieważne. Bunkry nie były niczym ogrodzone, a niektóre cechowały się większą atrakcyjnością, gdyż aby do nich dojść, trzeba było pokonać mokradła. Bagna znaczy. Niektóre bunkry współdzieliła razem z dzieciarnią z podstawówki jakaś grupka narkomanów czy kogoś tam. Słowem, bywało… no cóż, nikt nie chciał, żeby rodzice wiedzieli, jak bywało, dlatego kto puścił farbę, nieodwracalnie wylatywał z bandy.

Zabawa nr 7 – wyprowadzanie na spacer młodszego rodzeństwa

No, w wózku, w spacerówce wyprowadzanie. Nie brzmi niesamowicie? No nie, ale trzeba pamiętać, że się szło na bunkry lub odbijać górkę 😉

Zabawa nr 8 – wspinaczka na drzewa

Głównie na ogromne drzewo morwowe (albo wydawało się ogromne, bo jeśli człowiek miał 120 cm wzrostu, to wszystko jest większe). Wiedzieliście, że morwa jest taka smaczna? Drzewo morwowe rosło gdzie? No przecież nie na osiedlu z wielkiej płyty. Bingo, nad rzeką.

Zabawa nr 9 – wyprawa do kina

Nie, nie z rodzicami. Z kolegami z klasy. Z drugiej klasy. Podstawówki, nie liceum 😉 Nie, kina nie było na osiedlu, trzeba było do niego dojechać. Tak, rodzice wiedzieli. Tak, wiedzieliśmy, że chodzi o Indianę Jonesa. To tłumaczyło bardzo wiele, mniej więcej tyle co Gwiezdne Wojny.

Zabawa nr 10 – palenie trawy

No, nie takie palenie globalne, czyli wypalanie, bo tego nikt o zdrowych zmysłach by nie zrobił (odciąłby sobie drogę do miejscówki nad rzeką). Chodzi o palenie papierosowe. Dorośli palili, starsze rodzeństwo z klasy ósmej (tak, wtedy podstawówka miała osiem klas, a gimnazjów nie było) popalało w tajemnicy i skrycie, młodsze chciało więc wiedzieć, co w trawie piszczy. Brało więc trawę… Trawę w sensie trawy, nie TRAWY, trawy w sensie siana, ale siana, a nie SIANA, rozumiecie, co nie? 😉 Brało się więc siano, zawijało w gazetę (Trybuna Ludu była spoko), podpalało i… paliło. Gdzie? Nie na osiedlu przecież. Bingo, w bunkrach lub nad rzeką.

Po co to wszystko?

Tak mi się jakoś nostalgicznie zrobiło, ale chcę wam tylko napisać, że dzisiaj te kajtki, które łaziły po bunkrach, same są rodzicami. Mamy po czterdzieści i więcej lat. Zobaczcie, jak bardzo nasze czasy różniły się od tych, które mamy teraz. Jakim dysponujemy doświadczeniem jako rodzice? Żadnym. Wyrastaliśmy w zupełnie innej rzeczywistości, a w naszym rodzicielstwie doświadczamy samych nowości. Na niczym nie możemy się oprzeć, nie możemy sięgnąć do żadnych doświadczeń, bo te były drastycznie inne.

Dla naszych dzieci internet jest tak oczywisty jak dla nas lodówka, tablet czy telefon jest narzędziem, a nie oznaką luksusu. Pytają się, co to jest pocztówka (autentyczne!), a my jako rodzice dysponujemy informacjami i świadomością, o jakiej naszym rodzicom nawet się nie śniło. Wiecie, po co to piszę? Bądźcie dla siebie wyrozumiali. Stąpacie po terra incognita i przedzieracie szlaki dla pokolenia waszych dzieci. Nawet nie wiecie, ile robicie. Bądźcie wyrozumiali.

21 KOMENTARZE

  1. No ale tam u Was na Śląsku to było…!
    😉 żart 😀
    u nas było podobnie 🙂 mieszkałam na przedziwnym osiedlu, pod którym był wielki schron atomowy i ciągnęły się dziesiątki (ponoć!) kilometrów wąskich i nieoświetlonych korytarzy. wejścia były z piwnic, zamknięte, pochowane, ale czegóż to dzieciaki nie odkryją 😉 legendy krążyły (wśród dzieci oczywiście), że wielu tam weszło ale niewielu wyszło… więc wchodziliśmy, z ogarkiem świeczki, paczką zapałek, najwięksi szczęśliwcy z latarką. chodziliśmy grupami, dużymi grupami, bo każdy się bał. można tam było spędzić wieki, zanim znalazło się wyjście do jakiejś piwnicy. najstarsi „przewodnicy”, którzy prowadzili hordy młodszych odkrywców, chodzili do 4-6 klasy, większość odkrywców – do klas 1-3
    rodzice nie wiedzieli, ani przed wyprawą, ani po. wiedzieliśmy, że to niebezpieczne. wiedzieliśmy, że jak jakiś rodzic się dowie, sprawa się rozniesie. nastąpiła niezwykła solidarność milczenia
    mieliśmy świadomość (! tak, już jako 7 i 8-latki), że jeśli się zgubimy to nikt, absolutnie nikt, nie wpadnie na pomysł, że jesteśmy gdzieś pod ziemią

    umarłabym chyba ze strachu gdyby moi synkowie weszli w takie ciemne i autentycznie długie labirynty bez powiedzenia komukolwiek, gdzie idą
    w ogóle bym chyba umarłą ze strachu, gdyby wpadli na pomysł łażenia po takich miejscach

    PS. czytaliście „Dzieci z Bullerbyn”? wyobrażacie sobie puszczenie grupki maluchów samopas na calusieńki dzień, gdybyście mieszkali przy wielkim lesie (Szwecja), na pustkowi a wokół pełno jezior?
    a czy nasi rodzice by nam na coś takiego pozwolili? w czasach gdy nie było komórek?

    • Fundamentalne – nie było komórek. Ba, nie było telefonów stacjonarnych! Żeby zadzwonić, szło się na pocztę, a do drugiego miasta zamawiało się wcześniej rozmowę międzymiastową! Były telegramy i telegrafy, ludzie, czy ktoś wie, co to dzisiaj jest? 🙂
      Chodzi mi o to, że nasi rodzice otrzymywali o niebo mniej informacji niż my dzisiaj. Dwa programy telewizyjne i tyle. Ile dzisiaj mamy? Kilkanaście na multipleksie, a jeszcze jest kablówka. Siłą rzeczy mamy większą świadomość, bo więcej danych do nas dociera.
      Trochę jest to tak, jak pisze Pratchett: media muszą postraszyć, bo jeśli nie poinformują o wszystkich zbrodniach, nie będą miały przed czym uspokajać ludzi 😉

      • Media nie mówiły, ale i tak w otoczeniu zdarzało się na tyle dużo wypadków, że rodzice ostrzegali. U nas w miasteczku jeden chłopak spadł z bunkra, inny się utopił (poszedł sam kąpać się w morzu), dziewczynka zaginęła w drodze do szkoły (do tej pory się nie odnalazła), a para małych dzieci zginęła, bo sama szła do szkoły. Więc nie było zupełnie tak kolorowo i beztrosko.

        • W żadnym wypadku nie uważam, że było różowo, co to, to nie. Jasne, że wypadki się zdarzały, wieść gminna je niosła, a wcale nie było ich mniej niż dzisiaj.
          W notce chodziło mi o coś innego. Chodziło mi o pokazanie, jak bardzo czasy naszej młodości różnią się od czasów naszych dzieci. Zostaliśmy rodzicami w epoce szoku technologicznego, gwałtownego rozwoju, który nie miał miejsca wcześniej. Nie aż tak. Pokolenie naszych rodziców miało na czym bazować, przynajmniej częściowo, my tego o sobie powiedzieć nie możemy.
          Nasi dziadkowie – urodzeni w latach 20. i 30. – wydawali na świat naszych rodziców – lata 40., 50. i 60. – a ich świat, choć się zmieniał, to nie tak gwałtownie. Przepływ informacji był mniej więcej ten sam, nikt nie słyszał o komputerach, nie mówiąc o internecie, telefony, jeśli były, to stacjonarne, nadal wszyscy jechali na tetrach, nadal prali we Franiach itp. I choć, owszem, świat szedł naprzód, to jednak tempo, które obserwujemy dzisiaj, jest nieporównywalnie szybsze. O ile więc nasi rodzice mogli się odwołać do doświadczeń ze swojej młodości, kiedy im przyszło rodzić następne pokolenie, o tyle my już nie możemy. Bo rzeczywistość naszej młodości jest tak drastycznie inna od obecnej, że nie możemy jej brać pod uwagę.
          I o to mi chodziło. Być może za słabo to podkreśliłam, dodaję więc w komentarzu 🙂

          • Choć i tak postęp jakiś był. Pamiętam, jak mój dziadek powiedział, że teraz (były chyba lata 80-te) rodzice mają fajnie, bo wszystko jest, a jak jego dzieci się rodziły (tuż po wojnie), to pieluchy robiło się ze starych koszul, a teraz mają tetrę.

          • A co gorsza, nasi rodzice też nie mogą nam pomóc, bo ich rady nijak się mają do współczesnej rzeczywistości, nie licząc uniwersalnych praktyk w stylu, że jak niemowlę się naje to powinno mu się odbić. A i tych jest coraz mniej. Jesteśmy sami w kosmosie…

            • O to, to. I stajemy sami wobec wyzwań, o których nasi rodzice nie mieli pojęcia, ba, sami nie mieliśmy pojęcia, że coś takiego może być. Kwestia np. granic prywatności w sieci, zagrożeń, jakie się z internetem wiążą itp. A to tylko wycinek całości 🙂

            • Ale mamy przynajmniej internet, fora i masę książek (dobre rady też tam bywają 🙂 ). Nasi rodzice mieli najwyżej swoich rodziców, ale jeśli wynieśli się z domu rodzinnego, to i nie zawsze to.

    • Mam nadzieje ze to tylko take gadanie, bo od wczoraj mysle o takim tam zablakanym/ zaplakanym dziecku ktore tam umarlo smiercia glodowa I mi to jakos z glowy wyjsc nie moze 🙁

  2. A dziś (a raczej kilka miesięcy temu) z błyskiem oka spoglądałam na zamarznięty stawik i pytam syna (lat 7): „Ale fajnie by było się na nim poślizgać, nie?”. Na to on dostojnym, dorosławym głosem: „Mama, ale to takie niebezpieczne. Wolę lodowisko.” I witki mi opadły…

    • Brawa dla tego młodzieńca :)) Ma więcej rozsądku niż niejeden dorosły. A może to po prostu czujność, w stylu oho, mama zadaje podchwytliwe pytanie, nie dam się złapać… 🙂

  3. Oprócz odbijania górki oraz palenia trawy wszystko się zgadza. Wystarczy w miejsce „bunkry” wstawić „cegielnia”, a rzekę zastąpić rzeczką. Morwa też była – na parowie, nad rzeczką, na górkach przed „ściekami”. „Ściekami” nazywaliśmy studzienki umieszczone w betonowych stopniach wystających ze zbocza wzgórza – jeśli ktoś szedł „na ścieki”, znaczyło, że rozpędzony gna z góry, żeby skoczyć, trafiając w betonowy próg na tyle sprytnie, by z niego nie spaść na kolejny. A drzewa to nie tylko morwy. Chodziło się „na sady”. Jeszcze przed wakacjami wcinaliśmy kwaśne papierówki bezpiecznie schowani w listowiu „przed ciekawskich wzrokiem” , jak mówi poeta. Parowa zimą to górki do zjeżdżania na sankach, czy na czym tam kto miał. Po lekcjach zjeżdżaliśmy na teczkach. Trzeba było uważać, żeby nie skąpać się w rzeczce na dole. Wiek uczestników 8-12 lat. Miejsce akcji – Płock.

  4. Też górki nie odbijałam, nie łaziłam po latarniach i niczego nie paliłam, za to robiłam różne inne niebezpieczne rzeczy, w tym skracanie sobie drogi z kościoła prze tory, niestety jakiś sąsiad widział i doniósł… rodzice nie byli zachwyceni, nad rzekę też nie chodziłam, bo jej nie było, ale na kamionkę i owszem;) przez płoty skakałam znacznie skuteczniej niż wszyscy chłopcy z osiedla, a na pobliskich działkach żywiliśmy się wszystkimi płodami rolnymi (raczej wbrew woli właścicieli), ale najlepsza zabawa była na budowie ( a osiedle, na którym mieszkałam było jednym placem budowy i to przez długie lata). Jakoś nie pamiętam wypadków śmiertelnych…

  5. Piękny tekst 🙂 wszystko się zgadza, zamiast nad rzekę chodziliśmy „na bagna” (lokalne glinianki), nie paliłam też trawy, za to kiedyś w poszukiwaniu haju koledzy podwędzili z sali biologicznej jakieś porosty i wypalili je w bibułce 😀
    bardzo jestem ciekawa, co takiego szalonego i niebezpiecznego będą za te 30 lat wspominały nasze dzieci…

    • Pewnie gry na X-boxie, hehe…
      Mojego nastolatka tylko podstępem albo szantażem można wypchnąć na dwór. Cała nadzieja w koloniach i obozach sportowych 😉

  6. Będąc dzieckiem, zawsze mnie wkurzało jak mama mówiła, bo w moich czasach to to i tamto, w sensie, że było bezpieczniej. Teraz słyszę to samo w moich ustach do synka, bo w moich czasach:
    – cały dzień siedziało się na dworze a obiad był złem koniecznym ( zjadało się go w 2 minuty i obojętne było co jest na talerzu, byleby szybko wrócić na dwór)
    – skakało się w gumę, jeździło na rolkach, skakało po drzewach
    – bawiło się w chowanego i podchody
    – jak ciemno się robiło to szło się dopiero do domu.
    U mnie już były domofony, ale i tak mama zawsze wołała z balkonu a my z podwórka wołaliśmy do okien i najlepsze to, że każda matka wiedziała dokładnie że to jej dziecko woła:)
    -chodzenie po piwnicach i po dachach bloku też było, dobrze, że rodzice do dzisiaj tego nie wiedzą.
    Nasze dzieci nie będą miały o czym rozmawiać, bo nie rozmawiają ze sobą, tylko siedzę przed ekranem, nawet nie zauważaja, że pory roku się zmieniają. Moj synek 4 lata jak na razie podwórko traktuje z radościa, ale ciekawe jak długo. Staram się codziennie być z nim na dworze, ale gdzie inni rodzice, często jesteśmy sami i z dwójka innych rodziców, a gdzie reszta?? O ile na starszych ma się mniejszy wpływ, ale rodzice takich maluchów jak mój sami są sobie winni:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here