Nie mówcie, że tego nie znacie. Zakładacie, że młodzież z nudów zabierze się za destrukcje mieszkania i nie zostawi kamienia na kamieniu, opracowujecie więc super-hiper-mega-ciekawy scenariusz, jakieś stawanie na rzęsach i wodotryski, płonąc entuzjazmem mówicie potomkom „Kochane dzieci, jedziemy na wycieczkę do…”, oczekujecie euforii porównywalnej z wybuchem termojądrowym, a co słyszycie?

– Ojeeeeeeeej, wycieczka? Znowuuuuuu? Ja nie chcęęęęęę!

I cały ambitny plan diabli wzięli. No nic, jeśli już upłynniłeś jakąś kasę na te atrakcje, to siłą ładujesz progeniturę do auta, jedziesz się, psia mać, świetnie bawić na tej cholernej, psia mać, wycieczce specjalnie, psia mać, dla nich (a mogłeś poczytać gazetę i wszystko byłoby pięknie) za, niech to szlag, ciężkie pieniądze i przez pół drogi w jedną stronę będziesz słyszał „Daleko jeszczeeeee?”, a po dwóch godzinach na miejscu „Kiedy wracamyyyy?”.

Jeśli jeszcze dysponujesz kasiorką i ambitne plany póki co nie kosztowały cię nic, to wiedz (i w tym momencie ratuję twój portfel, doceń inicjatywę 🙂 ), że dzieciom do świetnej zabawy potrzeba jednej rzeczy: świętego spokoju. To wersja minimum. W wersji rozszerzonej mamy święty spokój i wodę 🙂

Nasze potomstwo najcieplej, najlepiej, z największą nostalgią wspomina trzydniowy wypad w rejony Milicza (czyli rzut beretem od Wrocławia, żadne tam wielkie wakacje), gdzie nic się nie działo, wszędzie równo jak po stole, zero gór czy czegokolwiek, żadnych atrakcji, poza jedną – na placu zabaw (wcale nie takim wypasionym zresztą) przy domkach kempingowych był kran. Znaczy hydrant. I działał. A było +30°C.

Ludzie, to było piękne. Człowiek trzymał dupsko na leżaku, w jednej ręce piwko (kto powiedział, że musi być ambitnie, żeby było fajnie? 😉 ), w drugiej coś tam i z tego leżaczka ustawionego w cieniu domku zerkał na młodzież, która calusieńki dzień przy tym hydrancie. Od czasu do czasu zmieniało się danemu delikwentowi gacie na mniej ubłocone, rozwiązywało jakiś konflikt wiaderka czy innych foremek i koniec. Żyć, nie umierać, w życiu tak nie odpoczęłam.

Jeśli więc chcesz zakosztować relaksu, poczuć cudny stan dolce far niente, będziesz potrzebował:

  • kawałka trawy (choć niekoniecznie, może być większy balkon i wyrozumiali sąsiedzi)
  • miski
  • najpopularniejszego na tej planecie związku chemicznego, czyli H20.

Jeśli dysponujesz przestrzenią większą niż balkon w bloku i mimo wszystko uprzesz się, żeby wydać pieniądze, to plus miliard w rankingu rodziców uzyskasz, inwestując w basenik ogrodowy. Czy to wielka kasa? A gdzież tam. Choć, jakby tak bliżej spojrzeć, znów wychodzi na to, że rozmiar ma znaczenie 😉 Rozmiar i wybajerzenie (rym-cym-cym).

Dla totalnych maluchów znalazłam takie coś. To jest opcja, przy której twoja wizja leżaczka i piwka* (*można zmienić na herbatkę laktacyjną, wysysające tkankę tłuszczową smoothie z jarmużu, cokolwiek) staje się naprawdę realna.

banzai-mata-wodna_0

Zdjęcie z urwis.pl

Ciężko się w tym zanurzyć, nawet jak bardzo się chce 🙂 Leżaczek możesz oczywiście ustawić tak, żeby chłodna woda bryzgała ci na stopy. I miło, i bezpiecznie. Co prawda nie poczytasz, ale nie wymagajmy, na pewnym etapie rozwoju dziecka to i tak wyczyn (cud, że usiadło na tyłku w jednym miejscu i nie zmieniło tego miejsca przez następnych pięć minut).

Basen dmuchany taki bez bajerów, a już zasługujący na podciągnięcie pod definicję basenu, można kupić za śmieszne dwie dyszki. Rozmiar nie powala (100 cm średnicy to właściwie większa dmuchana miska), ale zapewniam, że dzieci docenią. Najważniejsze, by w środku było mokro, reszta się nie liczy 😉

basen_dmuchany_agito

Zdjęcie z agito.pl

Załóżmy jednak, że basenowa wersja minimum jest nie dla ciebie, a twoje dziecko – niczym klient agencji marketingowej – oczekuje efektu WOW (możliwie natychmiast, rzecz jasna). Proszę uprzejmie, basen dmuchany z Angry Birds. Plus miliard do lansu, moje by doceniły 😉

basen_angry_birds

Zdjęcie z agito.pl.

Klient potrzebuje wodotrysków? Ależ proszę bardzo, nasz klient, nasz pan. Basen – dinozaur i fontanną. I można? Można 🙂

basen_dinozaur

Zdjęcie z agito.pl

Kto powiedział jednak, że potrzebujesz basenu? Potrzebujesz wody, a jedno nie musi oznaczać drugiego. Ot, piłka wodna, taka o. Wygląda ciekawie, ale ryzyko widzę jedno – będziesz musiał biegać i tę piłkę podawać, ewentualnie ciągle uzupełniać wodę, znacznie częściej, niżbyś sobie tego życzył. No, ale czego się nie robi dla leżaczka… yyyy, to jest dla dzieci, chciałam napisać, oczywiście 😉

banzai-pryszczaca-pilka-wodna_0

Zdjęcie z urwis.pl

No dobrze, dzieci dziećmi, ale tobie się też coś od życia należy, a co. Jacuzzi ci się należy, a co. Stać cię, a co. Wygrałeś w totolotka, okazało się, że masz gdzieś w Ghanie nieznanego wujka, który koniecznie chciał ci przekazać milion dolarów, a co. Szarpiesz się na dmuchany basen z jacuzzi. A co. Skromne dwa tysie, a co. Ktoś ci zabroni? A co!

basen_jakuzzi

Zdjęcie z agito.pl

Powiedzmy jednak, że woda ci się nie uśmiecha, berbeć za mały, za chory itp, chcesz mieć basen na sucho. O, takie coś wyhaczyłam.

niny-wielofunkcyjny-jezdzacy-pies-z-60-p_0
niny-wielofunkcyjny-jezdzacy-pies-z-60-p_2

Zdjęcie z urwis.pl.

Kupiłabym, tylko znalazłabym inne zastosowanie. Wszystkie piłeczki poszłyby won, a psiur posłużyłby jako worek na zabawki, konkretnie gargantuiczną ilość pluszaków, która jakoś nie chce się zmniejszyć pomimo usilnych naszych starań. Takie cwane bestie są 😉

Podsumowując: chcesz mieć chwilę relaksu, chrzań wycieczki, zwłaszcza te edukacyjne. Postaw w cieniu miskę z wodą, daj do łapy grabki. Tanio, szybko i skutecznie. Przetestowane na dzieciach i sobie, howgh.

Ikona notki z pixabay.com.

14 KOMENTARZE

  1. Tak, się podpisuje rękami i nogami; -) kiedyś dałam latorośli miskę i foremki, jaka radocha, ile przelewania, cisza, spokój, leżak, słońce i ja , każdy był zadowolony 🙂

  2. Krusz, za tą piłką biegać nie trzeba, ani wody dolewać, jak się uważniej przyjrzeć obrazkowi, to ona jest uwięziona na wężu ogrodowym podłączonym do wody, dorzucić do tego piasek, kubeczki i łopatki i raj na ziemi 😉 Pokażę mężowi, może na Dzień Dziecka wciągniemy 🙂

    • Kurczę, faktycznie! Myślałam, że to coś takiego, że napełniasz, piłka ma dziurki i przez to woda wycieka, po czym jest zabawa, póki nie zrobi się flak 🙂 Masz rację, to jest lepiej pomyślane, niż sądziłam 😉

  3. 🙂

    To u Was też problem z pluszakami… ;-P Nie wysilaj się z pieskiem – myśmy nieco zbliżony wór nabyli, szybko go zabrakło 😉

    U nas – o dziwo – woda dość szybko się nudzi. Pełnia szczęścia byłaby osiągnięta gdybym włączyła na cały dzień telewizor z bajami, a pod nochal postawiła karton kinderek, toffiefiee i innych tym podobnych 😀

    Wycieczki edukacyjne u nas zupełnie nieźle idą – zwłaszcza miejsca „interaktywne” typu ogród doświadczeń, za to czarna rozpacz to obecnie wszelkie wyjścia pieszo-turystyczno-górskie: z małego piechura zrobił się leniuch, który zaraz po wyjściu z bloku jęczy, żeby go wziąć na barana 😉

    • Kto nie ma problemu z pluszakami? 😉
      Wycieczki ogólnie dają radę, jeśli się już na nich jest (ale obowiązkowym punktem programu musi być plac zabaw, choćby nie wiem jak wypasione atrakcje miały nam towarzyszyć), zanim się jednak wyruszy, następuje seria jęków i wzdychać oraz oświadczeń, że ktoś nigdzie nie jedzie i koniec 🙂

  4. Wystarczy najmniejszy basen świata dla maluchów co to wciągnąć wystarczy do domu jedną ręką przed burzą letnią np. Lub żeby pies nie zepsuł w nocy.Do tego koniecznie zestaw filiżanek z łyżeczką z Biedry i jakaś konewka i mamuśka może nogi pomoczyc w baseniku.

  5. dobrze sprawdza się też kwiatek wbijany w trawnik podłączony do węża – macha i strzela wodą na wszystkie strony 🙂

  6. Bardzo mi się ta pierwsza rzecz podoba, szczególnie podpis, że dostajesz „just enough splash” 🙂 ach, gdyby tak mieć choć mini ogródek…