Jakiś czas temu wpadł mi w oko artykuł, który uwagę mą przykuł mocno i trwale, a dotykał kwestii, która siłą rzeczy corocznie wypływa, czyli prezentu dla nauczyciela z okazji zakończenia roku. Rodzic – bo to rodzic pisał – traktował zagadnienie szeroko, od sytuacji, nazwijmy to, patologicznych, po te pożądane. Linkuję tekst na końcu (niecierpliwi przewinęli), pokrótce napiszę tutaj, że chodziło głównie o wartość prezentu również w relacji do – jakby to ująć? – talentów dydaktyczno-wychowawczych danego nauczyciela.

Rodzic piętnował zjawisko obserwowane tu i ówdzie, również na jego własnym podwórku, kiedy to klasa zrzuca się na prezent za, dajmy na to, 1500 zł. W zależności od ilości dzieci wychodzi tak mniej więcej po sześć dych od łebka. Pytanie, czy na pewno odpowiednim wdzięcznikiem dla nauczyciela jest komplet drogiej porcelany, pozostaje jak najbardziej na miejscu, jak również to, czy przypadkiem tego typu „dar serca” nie stawia nauczyciela w kłopotliwej sytuacji. Stawia. Zwłaszcza jeśli obdarowany musi tego czy tamtego delikwenta zostawić na drugi rok. Wtedy co? Rodzice repetentów nie dokładają się do ściepy?

Autor tekstu kiepskie ma zdanie o pedagogach, którzy wartościowych prezentów oczekują. Zdanie to podzielam, rozszerzam jednak niechęć poza zawód nauczycielski. Równie nieprzychylnym okiem patrzę np. na księży proboszczów, dla których rodzice „komunistów” zrzucają się na full-wypas prezenty (bo trzeba) i którzy nie widzą w tym nic nie stosownego i nie wiedzą, że „trzebać” nie powinni. Wydaje mi się jednak, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. I życie, jak to zwykle bywa, okazuje się w odcieniach szarości, a nie czarno-białe.

W „naszej” podstawówce – działającej, co ważne, na dwie zmiany – jest świetlica dla młodszych klas. W świetlicy pracują autentyczne anioły. To są kobiety, które na koniec roku powinny dostać po orderze i na dokładkę jakieś zacne ferrari, a jeszcze byłoby mało. Jest taki moment w ciągu dnia, kiedy dzieci z pierwszej zmiany już schodzą do świetlicy (i czekają na rodziców), a dzieci z drugiej zmiany jeszcze tam są (bo lekcje dopiero rozpoczną). Wtedy, bez kitu, mają pod opieką lekką ręką pięćdziesiąt osób. Albo więcej. I wiecie co? Dokonują cudów.

Pomijam już to, że żadna dotąd nie zwariowała, kiedy ja po kilku minutach bycia w tym rejwachu mam ochotę wyrabiać pozwolenie na broń. Kojarzą bez pudła wszystkie dzieci, orientują się w ich zajęciach zwyczajnych i dodatkowych, których nie ogarniają nawet rodzice (tak!), pilnują, które dzieci z której klasy mają iść na obiad, po czym odprowadzają je do stołówki i tam pomagają im przy posiłku (nalewają zupę itp.). Pomagają w lekcjach, pilnują, organizują zajęcia i zabawy, a sami wiemy jako rodzice, że nasze dzieci to niekoniecznie wcielone dobro. Szczerze je podziwiam. Panie, nie dzieci.

Z drugiej strony nauczyciele bywają różni i przykłady, powiedzmy, równoważące („pero, pero, bilans musi wyjść na zero”) postawę i zaangażowanie pań ze świetlicy też można by bez problemu podać.  I istnieją tacy, co do których uczucie wdzięczności jest raczej mizerne. Pomijam już fakt, że brak poczucia wdzięczności często idzie w parze z kiepskimi wynikami w nauce, które to wyniki niekoniecznie są pochodną nieudolności dydaktycznej nauczyciela. Chodzi mi o to, że problem jest bardzo, bardzo złożony. I właśnie – jest problemem.

Autor proponuje wprowadzenie w szkole odgórnych procedur, które określałyby, co robić z kłopotliwymi prezentami od rodziców. Jestem bardzo za. Coś takiego funkcjonowało w banku, w którym pracowałam. Klienci przynosili prezenty, a jakże, zdziwilibyście się, jak często się to zdarzało. W przepisach wewnętrznych wyraźnie stało, że podarki o wartości przekraczającej 100 zł przechodzą na własność oddziału, i było ściśle określone, jaki będzie dalszy ich los. Fajna rzecz. Obdarowany znienacka i właściwie wbrew swej woli nauczyciel nie czułby się zakłopotany, a świadomość, że prezent przechodzi na „dobro wspólne” ostudziłaby zapał darczyńców niewyczuwających, że popełniają faux pas.

Zaryzykuję tezę, że problematyczne podejście odziedziczyliśmy po poprzednim systemie. To „sowieckij czeławiek” czuł się w obowiązku obdarowywać poszczególnych prominentów, by tym sposobem zapewnić sobie ich przychylność na zaś, a to, jak wiadomo, mogło się przydać. Czasy się zmieniły, mentalność pozostała. Wot i tak.

Tekst, do którego się odnoszę, został zamieszczony w portalu edukacja.net. Zdjęcie z pixabay.com

24 KOMENTARZE

  1. Popieram, obdarowywanie nauczycieli czy lekarzy to relikt czasow PRL. Ja mieszkajac na stale w DK pamietam jak po porodzie chcialam dac poloznej kwiaty – porod wspominam bardzo dobrze, wszystko bylo super, cudowna opieka. Moja Dunska rodzina i znajomi patrzyli na mnie jak na wariata: Kwiaty? Po co? Przeciez to jest jej praca! prezent? chyba oszalas! Tak samo bylo jak bronilam pracy magisterskiej na tutejszym uniwersytecie – moj promotor spedzil ze mna naprawde wiele godzin, duzo mi pomagal i obrone wspominam tez bardzo milo ale jak zwierzylam sie moim dunskim kolegom z zamiaru kupienia jakiegos upominku na koniec wszyscy znowu spojrzeli na mnie jak na wariata, ze jak to, po co, przeciez to jego praca, jemu sie za to placi, czy ja jestem nienormalna? A moze chce go przekupic? Bo jelsi tak to mam pamietac ze tutaj za lapowkarstwo idzie sie do wiezienia 😉

    Licencjat za to robilam jeszcze w Polsce i tam pod koniec sesji i roku za kazdym razem trzeba bylo robic zrzutke dla wykladowcow, i to nie byle co, ale naprawde drogie prezenty. Np zlote dlugopisy. Ten system niestety obserwuje sie na wszstkich szczeblach nauczania a nie tylko w podstawowce 🙂

    Ciekawa jestem czy da sie z tym skonczyc?

  2. Istnieje rozporządzenie, które mówi, że nauczycielowi nie wolno nic przyjmować, bo to co robi z uczniem, to jego praca itp. I pamiętam z własnego doświadczenia – jak powiedziałam dzieciom i rodzicom swojej klasy wychowawczej, żeby absolutnie nic mi nie kupowali, to w miarę się udawało (zawsze ktoś z jakimś kwiatkiem przyszedł), ale jak stwierdziłam, że od kilku lat już to samo słyszą, to chyba wiedzą, że się nic nie kupuje i nic nie powiedziałam – to, niestety, złożyli się na prezent. Łatwiej jest jak się nie ma wychowawstwa – zawsze można się gdzieś zaszyć w szkole i nie znajdą, ale swojej klasie uciec się nie da. Więc nawyk jest i baaardzo ciężko jest go wyplenić. A co gorsza, ja mówiłam, żeby nic nie dawać, więc 1, 2 sztuki się wyłamały, a inni nauczyciele nie przestrzegali tej zasady, i wychodzili z naręczami kwiatów. I wiecie jaki komentarz podsumowujący dostałam. No tak, nie lubią Cię, jesteś kiepskim nauczycielem, bo nic nie dostałaś. Zobacz ile ja dostała/em. Tyle się na ich rzecz napracowałaś, i tego nie docenili. Chyba jestem idealistką – zawsze mi się wydawało, że nie kwiaty / prezenty są wyznacznikiem jakości pracy nauczyciela.

  3. A, i jeszcze jedno. Sama słyszałam od jednego wykładowcy, żeby studenci kupili odpowiednie kwiaty (rodzaj, kolor, liczba) na podziękowanie po obronie pracy magisterskiej. Bo jak nie to, co? Nie zda się?

  4. U nas na pewno zaraz taki temat się pojawi, bo za niedługo koniec roku. Córa w klasie I szkoły podstawowej, wychowawczyni jest naprawdę super, miła, cierpliwa, ale i stanowcza, i wymagająca, taka jaka powinna być. Dzieci i rodzice bardzo ją lubią, myślę, że większość rodziców będzie chciała jakiś mały prezent pani podarować, chociażby kwiatek i bombonierkę. Na Dzień Nauczyciela wychowawczyni dostała po jednym kwiatku od każdego dziecka (22szt.) czyli spory bukiet, ale jeden a nie ponad 20 bukietów no i jakieś słodkości. Wydaje mi się, że jeśli już rodzice chcą coś podarować, to takie rozwiązanie nie jest najgorsze. Coś drobnego, niedrogiego, żeby nauczyciel nie szedł z taczką kwiatów i nie czuł się nieswojo przez prezent za 1500zł 😉
    Nie jestem nauczycielem, więc nie wiem jakie oni mają zdanie, ale wydaje mi się, że to miłe, kiedy ktoś docenia jego/jej pracę w taki sposób i ma ochotę sam z siebie podziękować, bez przymusu.

    • Jestem jak najbardziej za kwiatami i np. bombonierką. Nauczyciel to zawód specyficzny i wymagający sporej cierpliwości, empatii itp. Osoby, które to mają, to skarb. Nie widzę nic niestosownego. Problem zaczyna się przy prezentach rzeczowych.
      Jestem jednak też za tym, by rodzice wcześniej ustalali wspólny kwiatowy front. Żeby nie było tak, że ktoś wręczy jedną różę, a ktoś wjedzie z całym ogrodem. Przecież można się dogadać 🙂

  5. Meliśmy w podstawówce klasowy budżet na ksero i wycieczki, jak coś zostało na koniec roku, to kupowaliśmy jeden bukiet i bombonierkę.

  6. Mnie to szalenie krępuje – jeszcze pół biedy, jak dostanę bukiet zrzutkowy od całej klasy, wyniesie to ze 3zł od głowy. Ale czuję się autentycznie idiotycznie, gdy dostaję wspólny bukiet, a i tak kilkoro uczniów stoi z indywidualnymi kwiatami czy bombonierkami.
    Ale tu jest inna strona medalu też – stoi takie dziecko, w tle rodzice i inne dzieci – i jak się zachować? Rozpętać w tle jakąś aferkę czy co?
    Kolejna rzecz – sytuacja: kwiaty i jakąś wodę toaletową podaje mi dzieciak mocno niepełnosprawny, bardzo emocjonalnie ze mną związany, BARDZO. I do tego intelektualna niepełnosprawność też. Ani słowem się nie zająknęłam, bachnęłam uśmiech na całą gębę, wyściskałam – nie byłabym w stanie powiedzieć młodemu: nie, zabieraj to. No chyba żaden człowiek nie mógłby się tak po chamsku zachować.
    Kiedyś, po 6 latach prowadzenia klasy, rodzice bardzo nalegali na prezent. Też idiotyczna, niezręczna sytuacja – i jeszcze to pytanie: co pani chce…? Żadne tłumaczenia, że nic – nie zdały egzaminu. Powiedziałam w końcu, że jeśli już koniecznie – to książkę z podpisami od wszystkich dzieciaków.
    I wiecie, najmniej przyjemnie jest, jak dostajesz kwiaty od dziecka, którego rodzice na ciebie psy wieszają :/ to już w ogóle nie rozumiem.

    • Jest jeszcze jeden aspekt – w szkole są też dzieci z bardzo biednych rodzin. Naprawdę biednych. Dla nich ściepa na prezent to poważny wydatek. Jak się zachować?
      Co do sytuacji, o której piszesz – jasne, pozostaje uśmiech na gębę, bo co zrobisz. Co jednak potwierdza to, że ludzie nie mają świadomości, w jakim kłopocie stawiają nauczyciela.

  7. Jeszcze wydaje mi się, że idea prezentu czy bardziej kwiatów dla nauczyciela jest w nas mocno zakorzeniona, bo nie wyobrażamy sobie, że można rok szkolny tak zakończyć bez niczego. Głupio jakoś przyjść z pustymi rękami, skoro jest oficjalna impreza pod tytułem „zakończenie roku szkolnego”. W obecnej szkole mojego syna nie ma żadnego oficjalnego zakończenia, dzieciaki po prostu dostają świadectwa na którejś lekcji i koniec. Rodzice nie startują z kwiatami, nie mówiąc już o prezencie, nauczyciel nie jest postawiony w kłopotliwej sytuacji. Może tak powinno wszędzie być?

  8. Jestem za. Tak samo, jak za zniesieniem oficjalnego rozpoczęcia roku – bo teraz tak, zawsze któraś klasa ma przygotować program – wiadomo, ćwiczy się przed wakacjami, ale jednak kilka ostatnich dni sierpnia te dzieciaki muszą przyjść i przećwiczyć program. Z jakiej racji?

  9. U starszego(14 lat) rodzice byli nienormalni i ciężko było się złożyć na cokolwiek, bo zawsze był problem. Ale jakoś tam w końcu kupowaliśmy po jednym bukiecie. Jednego roku wyznaczyli mnie do zakupu kwiatków- bo jeszcze nie kupowałaś. A mój samochód padł, ja w ciąży i jeszcze nie ten odcień kupiłam. U średniego(10 lat) jest ok, małe składki na bukiet, czekoladki. Tylko komunijna 150 zł, z czego 50 zł właśnie na prezent dla parafii. I tu były nerwy, bo na zebraniu mało osób się burzyło, a potem nie zapłaciło 5 osób na 45. Jak wynikła rozmowa, czy naszej katechetce kupujemy kwiaty na podziękowanie, jedna matka oburzona się rzucała, że sami nakręcamy takie nienormalne zachowania. I to jest ok, bo wyraziła swoje zdanie, nie złożyła się i tyle. Na zakończenie 3 klasy zwykle jest jakiś rzeczowy prezent. Przyznam, że najbardziej denerwuje mnie dar dla parafii, bo na siłę wymyśla się, co kupić za te dwa, trzy tysiące.

  10. W szkole mojego syna jest już chyba od 2 lat akcja zbierania pieluch jednorazowych i artykułów niemowlęcych, które zostaną przekazane do domu małego dziecka. Nauczyciele nie są wtedy w kłopotliwej sytuacji,bo pampersy przekazują naprawdę potrzebującym, a tony kwiatów przecież nie potrzebują. Akcja nazywa się przepięknie: Zamiast kwiatuszka- paczuszka dla maluszka. Wyobraźcie sobie, że niektórzy rodzice to skrytykowali… Wyszło na to,że bardzo chcą obdarować nauczycieli kwiatami po 100, sami nauczyciele przeliczaja to na pampersy, a za to byłyby 3 paczki pieluch.

  11. Ja jestem w Stanach i tu jest tak samo, jesli nie gorzej. Nauczycielce w takim programie gdzie dziecko moje zostawiam dwa dni w tyg (jeszcze nie preschool, cos co przygotowuje jakby) inni rodzice kupuja prezenty na walentyki, Boze Narodzenie, koniec roku.. Niektorzy kupuja tez drobiazgi dla wszystkich kolegow dziecka. To jest duzo pieniedzy i duzo czasu i wysilku moim zdaniem. Ja przyszlam na koniec roku z bombonierka i tyle. Aha, zapomnialam dodac ze ja z wlasnej kieszeni place za te lekcje. Naprawde, to nie jest dobra tradycja, a w szkole jest jeszcze gorzej z tego co slysze.

  12. U nas w przedszkolu zrzucamy się na drobiazg z okazji Dnia Nauczyciela, z tym że szefową trójki jest też nauczycielka i ma bardzo zdrowe podejście – składka groszowa i jeden wspólny bukiet z prośbą żeby już nic nie kupować indywidualnie. Ale ludzie są różni,najbardziej zdziwiłam się za pierwszym razem widząc że jednak przymaszerowala dziewczynka (też córka nauczycielki zresztą) targając własną bombonierę. Nie wiem czy bylo więcej takich przypadków,ten jeden widziałam. I to pokazuje że widać podejście nauczycieli też jest różne, no i niby młodzi ludzie a tacy niereformowalni

  13. Ja tam jestem za uroczystościami, zwłaszcza w młodszych klasach. Niech się dzieci uczą świętować. I niech wiedzą, że się docenia ich całoroczny wysiłek. Nasza pani obiecuje, że dzieci oprócz świadectwa dostaną specjalny dyplom – każde za coś innego.
    Ale to też powinno działać w drugą stronę – trzeba uzmysłowić dzieciom, że pani też ciężko pracowała przez cały rok, i podpowiedzieć, jak można wyrazić wdzięczność. Fajna, najlepiej zbiorowa (żeby nie zasypać pani makulaturą), laurka byłaby nie od rzeczy. Plus składkowe kwiaty.
    Natomiast kiedy klasa odchodzi ze szkoły, niegłupi byłby pamiątkowy prezent. Oczywiście nie za parę stów czy tysięcy. Najlepsza jest książka z dedykacją.
    I najlepiej, jeśli to uczniowie coś wymyślą. Najfajniejsze prezenty, jakie dostałam w swojej belferskiej karierze, to gadżety z jajem, nawiązujące do klasowych grepsów i przygód. Wartość materialna niemal zerowa, za to sentymentalna wielka.

    • Świetny byłby album ze zdjęciami całej klasy, najlepiej takimi, no, nieoficjalnymi, nieustawianymi. Do tego podpisy, dedykacja, jakieś krótkie wspomnienia ze wspólnych wycieczek, wypadów itp. Piękna sprawa 🙂

  14. Ja pracuję z uczniami dorosłymi, więc tu sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Młodzież się uprze, że chce kupić prezent i co im zrobisz…Wszelkie mniej lub bardziej zawoalowane sugestie, że nauczyciel nie może przyjmować prezentów do nich nie docierają…U nas na koniec roku na szczęście uczniowie prezentów nie dają, natomiast na zakończenie czteroletniej przygody ze szkołą ponadgimnazjalną, i owszem…Ja od swojej klasy dostałam karnet do SPA:-) Stwierdzili, że po czterech latach z nimi należy mi się:-) No i co? Wzięłam! Było super 🙂 ! Krusz, pomysł z procedurami jak w bankach, super!

    • Pomysł nie jest mój, ale autora artykułu, ale ja się pod nim podpisuję.
      Ważna jest jedna rzecz jednak, tak przy okazji, na marginesie to piszę, bez związku z Twoimi słowami. Ktoś na fejsie napisał, że nauczyciel to zawód jak każdy inny. No więc nie, nie jak każdy inny, bo nie można porównać pracy marketingowca, informatyka i nauczyciela właśnie. Wpływ nauczyciela na życie jednostki jest bez porównania większy. Dlatego jest taki problem z nagradzaniem. Dobry nauczyciel potrafi dać w życiu więcej niż rodzic i niejedna osoba takie doświadczenie ma. Dlatego, jak myślę, tak nam się ciężko odnaleźć w tej materii.

      • Zawód jest jeszcze o tyle inny, że nauczyciel wyłącznie wypełniający swoje obowiązki jest postrzegany jak leń i wymaga się od niego dużo większego zaangażowania. I imho za to właśnie są te kwiatki.

  15. Niezbyt krótkie słowo od belfra… Osobiście uważam, że prezenty, o których mowa w ww poście to przegięcie w rzeczy samej. Jako nauczyciel, nie lubię otrzymywać żadnych podarków, o czym często mówię głośno i na szczęście nie zdarza mi się takowych dostawać (nie ze względu na jakość wykonywanej pracy). Jest to bardzo kłopotliwe (nawet kwestia czekolady, którą zaraz należy otworzyć i poczęstować dzieci, bo w innym przypadku to też mogłoby być uważane za łapówkę). Jeśli natomiast ktoś ma ochotę obdarować belfra kwiatkiem, to wydaje mi się, że mały bukiecik od całej klasy wychowawczej (a nie od każdej klasy) powinien wystarczyć (tachanie do domu różnych kwiatów razem to też niełatwe zadanie). Wynosi on około 40 pln i nie ma wtedy podziału między dziećmi, które też zwracają uwagę na to, co mają wręczyć nauczycielowi. Wówczas nawet, jeśli ktoś się nie złożył, nie musi się smucić. Może znajdzie się ktoś, kto się zgodzi z moim zdaniem…