Szkoła sobie świetnie poradzi bez rodzica

14
1290

Artykuł, który przeczytałam i który wzmiankuję na końcu (w tym momencie niecierpliwi przewinęli 😉 ), wywołał we mnie coś w rodzaju wybuchu jądrowego. Rrrryp i wszystko wokół momentalnie spłonęło, a co nie spłonęło, zostało zmiecione przez falę uderzeniową. Już chciałam podpisać się pod refleksjami autora rękami i nogami, już rzucałam się do maszyny, by szyć sztandary, kiedy pomyślałam sobie, że choć w ogólnym zarysie, owszem tak, to jednak w szczegółach rzeczywistość lekko mi się rozjeżdża. I szczegóły te pozwoliłam sobie wytłuścić. Oto cytacik.

„Wszystko, co powyżej napisałem, skłania mnie do refleksji, ale i do konkluzji, że rodzice są w szkole zbyteczni. Nic do jej funkcjonowania nie wnoszą. W normalnych warunkach nie są w niczym potrzebni, szkoła doskonale sobie bez nich radzi. Jeśli szkoła jest dobra i pilnuje bezpieczeństwa dzieci, skuteczności dydaktycznej i adekwatności oceniania, nie potrzebuje żadnej współpracy z rodzicami. Nie są oni najczęściej fachowcami, patrzą na wszystko wyłącznie przez pryzmat własnego dziecka i są skłonni do ustawicznego czynienia uwag. Po prostu – przeszkadzają. Dlatego twierdzę, że naprawdę dobra placówka obywa się w swoim działaniu bez udziału rodziców. Tak naprawdę bywają oni w szkole jak plastyk w sali operacyjnej podpowiadający chirurgowi, gdzie wykonać cięcie, aby było estetycznie.”

Chodzicie na wywiadówki? Jeśli tak, ciekawa jestem, jakie macie odczucia. Czy nie odnosicie czasami wrażenia, że zebranie dałoby się zzipować do kwadransa, a resztę czasu zabiera – pardon – pindolenie o Szopenie? Co najczęściej wpływa na rozrost czasowy? Dywagacje nauczyciela? Nie. Kwestie podnoszone przez rodziców. Część tych kwestii jest totalnie z dupy, część podnoszonych na forum dotyczy wyłącznie dziecka tego, kto zagadnienie podnosi, ale i tak absorbuje czas całej reszty.

Jeśli nauczyciel chciałby pobić rekord Guinnesa w długości trwania wywiadówki, powinien rzucić pytanie „A co państwo o tym myślicie?” Pozamiatane. Zawsze znajdzie się co najmniej pięć opinii, z czego cztery jedynie słuszne, a na koniec i tak ktoś korzystając z okazji, że jest przy głosie,rozwlekle odniesie się do czegoś, co nie jest przedmiotem pytania, ale dlaczego miałby się nie odnieść, przecież ma prawo, co nie? Szybko załatwiane są tylko te kwestie, kiedy nauczyciel informuje, że zrobimy tak i tak, kropka.

Tyle się ostatnio trąbi, że rodzicie powinni intensywniej i głębiej uczestniczyć w edukacji swoich pociech, wpływać na szkołę, trzymać rękę na pulsie, drążyć, zgłaszać postulaty itp. Tylko razem z autorem cytatu zadaję pytanie – po co? I jak to niby miałoby wyglądać?

W jaki sposób MERYTORYCZNIE rodzice mieliby mieć wpływ na podstawę programową i treści przekazywane w szkole? W jaki sposób bankowiec, fryzjerka, budowlaniec czy prezes zarządu może MERYTORYCZNIE i KOMPETENTNIE odnieść się do nauczania fizyki, biologii, chemii czy muzyki? Jedni będą uważać, że przedmiotów ścisłych jest za mało, drudzy, że za dużo, opiniebędą doskonale sprzeczne z bardzo prostego powodu – każdy patrzy przez pryzmat swojego dziecka i własnych doświadczeń życiowych.

Dlatego uważam, że podnoszony przez różne grupy postulat uczestnictwa grup rodziców w procesie kształtowania podstawy programowej i nauczanych treści jest zwyczajnie szkodliwy. Jakich grup? Kto miałby je tworzyć? Jacyś lepsi rodzice niż my? Są tacy, przepraszam? Wszyscy mamy sporo za uszami i popełniamy błędy, prawda?

To prowadzi mnie do stwierdzenia, że jedyna warstwa, w jakiej rodzic mógłby się wypowiadać i na którą mógłby mieć wpływ, to warstwa ideologiczno-światopoglądowa. A to wygląda jeszcze gorzej, choć przynajmniej da się po części załatwić. Jeśli ktoś chce, by jego dziecko otrzymywało szerszy przekaz bliski wyznawanym przez niego poglądom, kieruje potomka do określonej placówki. Szkoła wyznaniowa na przykład jest takim rozwiązaniem. Przynajmniej do jednego wszyscy (lub prawie wszyscy) są tam zgodni.

Bajer polega na tym, że nikt tak naprawdę nie ma wizji, jak wpływ rodziców na szkołę miałby wyglądać w „normalnej”, zwyczajnej placówce publicznej. Co ten rodzic niby miałby robić? Nie uzgodni wspólnego stanowiska we własnym sosie – to już wiemy. Nie odniesie się merytorycznie do podstawy programowej – to też padło. Można wpływ rodzica ograniczyć właściwie do dwóch spraw: do kwestii ponadszkolnych a ujętych ustawą (np. wiek rozpoczynania edukacji – w końcu sześciolatki nie muszą iść do szkoły), oraz do kwestii szeroko pojętego zaplecza technicznego.

Niektórzy dyrektorzy placówek edukacyjnych świetnie potrafią to wykorzystać. Znam przedszkole, gdzie dyrekcja wymaga od rodziców inwestowania w budynek. Malowanie ścian, wstawianie nowych okien, organizowanie autokarów na wycieczki, uczestnictwo w wypadach grupowych, przygotowywanie akademii i tego typu bajery. No bo jak to? W końcu dziecko się dostało, co nie? Wypada okazać wdzięczność, co nie? Mogło się przecież nie dostać, lista chętnych była długa, co nie? Modelowy przykład szantażu, raczej powszechny w polskiej rzeczywistości. Czy jednak o takie uczestnictwo chodzi? Przypuszczam, że wątpię.

Powróćmy do wytłuszczeń z cytatu. „W normalnych warunkach”, „jeśli szkoła jest dobra”, „naprawdę dobra placówka”. Mam spory problem z tymi stwierdzeniami, bo właściwie ciężko zdefiniować „normalne warunki” i „dobrą szkołę”. Dobrą, czyli jaką? Zgodną z wizją rodziców? To oni w ogóle mają jakąś wspólną wizję? A skąd. Dobrą, czyli taką, w której pracują dobrzy nauczyciele? Dobrzy, czyli jacy? Kompetentni? Z odpowiednim bagażem doświadczeń? Empatyczni? Wymagający? Z wyczuciem? Z poczuciem misji? Z powołania?

Odnoszę wrażenie, że żyjemy wizją „Stowarzyszenia umarłych poetów”, a tymczasem nauczyciel to człowiek taki jak my, ba, to również rodzic. On też może być idiotą. I czasem jest. Konia z rzędem temu, kto nigdy w życiu nie trafił na pedagoga-debila, a jeśli jakimś cudem jednak nie trafił, to media służą uprzejmie i raz po raz podsyłają przykład dowodzący tezy. Osoba nauczyciela potrafi przyczynić się do traumy, niestety.

Nie zapominajmy jednak, że w ślad za wymaganiami stawianymi nauczycielom, nie idzie adekwatne wynagradzanie i cały czas dobrze się ma przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył”. Trudno więc się dziwić frustracji, pracy w mało komfortowych warunkach, z podstawą programową nieprzystającą do rzeczywistości („dobra szkoła”, tja…), wśród ogólnej roszczeniowości rodziców (nie mówcie mi, że rodzice nie bywają roszczeniowi, błagam…) i trudno się dziwić – no cóż – negatywnej selekcji w zawodzie.

Rodzic ma wizję nauczyciela, który życie i zdrowie poświęci edukacji jego potomka, edukacji wzorcowej i na światowym poziomie, a już najlepiej to w czynie społecznym. Taka siłaczka i doktor Judym w jednym. Rodzic chętnie zepchnie z siebie odpowiedzialność wychowawczą na szkołę (szkoła powinna!) i jeśli coś się rypnie, to wszyscy winni, tylko nie on. Z drugiej strony „normalne warunki” pozostają poza zasięgiem statystycznego Kowalskiego, a „naprawdę dobra placówka” wydaje mi się niebezpiecznie uczepiona do pojęcia utopii.

Podsumowując „dobra szkoła” z pewnością poradzi sobie bez rodzica. Tylko że z nielicznymi wyjątkami „dobra szkoła” nie istnieje (pomijając już meandry definicji) i rodzic chcąc nie chcąc w tej nie do końca dobrej uczestniczy. Problem polega na tym, że nie ma koncepcji tego uczestnictwa i nie zanosi się na to, żeby powstać miała. Przynajmniej nie słyszę ćwierkania tych czy innych wróbelków. I tyle.

W tekście odnoszę się do artykułu „Szkoła rodziców” Aleksandra Nalaskowskiego zamieszczonego „W Sieci” nr 19 (180) 2016. Obrazek z pixabay.com.

14 KOMENTARZE

  1. Czytałam wzmiankowany artykuł i przeważnie zgadzam się z Nalaskowskim. Dziecię posłałam do szkoły katolickiej, więc o pewne sprawy mogę być spokojna. Jasne, każdemu belfrowi mogłabym wytknąć to czy owo (nie bez podstaw, sama byłam nauczycielką), ale wolę, żeby młoda radziła sobie sama, bo krzywdy wielkiej nie ma. Tak, w naszej szkole (na rozruchu, więc kameralnej, raptem 3 klasy) angażuje się rodziców do różnych przedsięwzięć (skręcanie mebli, produkcja ciast i „fantów” na kiermasze, załatwianie wycieczek w ciekawe miejsca typu lotnisko czy komenda policji), ale już np. do opieki podczas szkolnych wyjść – nie. I to jest OK, bo nie ma patrzenia nauczycielom na ręce w akcji, nie ma też wyróżniania żadnego ucznia (to moja mama, więc mnie obowiązują inne zasady). W tej chwili młoda jest na zielonej szkole, wychowawczyni prosiła, żeby nie zawracać gitary telefonami, bo albo się trafi na jakieś zajęcia, albo wzmocni tęsknotę, szczególnie u tych dzieci, których rodzice w danym dniu nie zadzwonią. No to nie dzwonię i szafa gra. Pani jest w stałym kontakcie z przewodniczącą trójki klasowej, dostajemy codziennie maile z raportami, na stronie szkoły zamieszczają zdjęcia. Widzę, że dzieć jest zdrowy, odpowiednio ubrany, uczesany i zadowolony. Więcej mi nie trzeba.

    • Jeśli szkoła jest na rozruchu, to nic dziwnego, że się rodziców angażuje. Natomiast nietrudno znaleźć przypadki, ekhm, barteru. Przyjęliśmy państwa dziecko, ale za to proszę odmalować korytarz. Abstrakcja? Byłabyś zaskoczona 😉 O czymś takim mówię i to jest bardzo nie fair.
      Rozumiem obecność, intensywną obecność rodziców w szkole sprofilowanej, np. twojej, zwłaszcza jeśli jest to szkoła prowadzona przez stowarzyszenie, ale tak czy siak nie można tej sytuacji porównać do szkoły publicznej. A tej dotyczy problem.

      • Ha, zaskoczona nie jestem. Gorsze, ekhm, bartery widziałam w szkołach publicznych. Przyjęłam twoje dziecko (choć w ogóle się nie nadaje, egzamin praktycznie oblało), ale za to proszę… – i tu można sobie wstawić dowolne korzyści świadczone na rzecz przyjmującego, bynajmniej nie szkoły. Plus działanie na szkodę ogółu (np. zabieranie całej klasie najlepszego, za to wymagającego, nauczyciela), żeby chronić protegowanego ucznia.

  2. Ja odnoszę wrażenie, że niektórzy rodzice całkowicie powariowali, służę przykładem: Matka ucznia przychodzi z awanturą do nauczyciela informatyki (szkoła podstawowa), że na informatyce dzieci mają grać w gry komputerowe, a nie grają!!! Podobnych przykładów mam multum…

  3. I oczywiście muszę wrzucić swoje trzy grosze, bo to wybitnie moje poletko. Owszem, rodzice w szkole nie są potrzebni tak długo, jak z uczniem nie ma problemu. Byliby potrzebni, gdyby chciało im się wykonywać takie czyny społeczne, jak za PRLu, ale to se ne vrati (a szkoda, bo według mnie to nie było takie znowu złe, no ale dobra, szat rozrywać nie będę). Natomiast kiedy zaczynają się problemy, a rodzic ze szkołą nie współpracuje to już mogiła, a w tym właśnie upatruję największy problem, z którym borykają się nauczyciele.
    Sytuacja z pewnej szkoły. Dziecko ma problemy, rodzic idzie z nim do poradni, dziecko dostaje nauczyciela wspomagającego. Tyle że nie jest jedynym dzieckiem z problemem, a nauczyciel zapytany, dlaczego tamten rodzic nie wystąpił odpowiada, że nie wszyscy rodzice są tak świadomi i odpowiedzialni. I nie chodzi o świadomość, że nie wie, gdzie się zwrócić tylko raczej o świadomość typu „moje dziecko niedorozwojem nie jest i do żadnej poradni nie pójdzie”. Także ten tego…

    • Cos w tym jest. „Nasi” nauczyciele skarza sie, ze na indywidualne nieobowiazkowe konsultacje przychodza nie ci rodzice, ktorych oni chcieliby zobaczyc 😉

    • No właśnie i jeśli jakaś koncepcja budowana będzie (będzie?), to powinna iść w tym kierunku. Nie wiem, może to zbyt drastycznie zabrzmi, ale coś w rodzaju wymogu podjęcia jakiś działań przez rodzica. Np. nie zrobisz tego i tego, zostawiamy dzieciaka na drugi rok, bo ma takie i takie braki.
      Liczyłam na Twój głos, he he 🙂
      PS. Czyn społeczny nie jest taki głupi, pod warunkiem, że nie jest to zdobywanie funduszy/siły roboczej najtańszym kosztem. Bo niby wiesz, można próbować starać się o dofinansowanie od miasta czy jakieś granty (teoria, wiem, wiem), ale po co, skoro każę Kowalskiemu zrobić to i to, bo ma zagrożonego dzieciaka.

      • Absolutnie nie pisałam tego pod kątem, że dzieciak jest zagrożony i zda, jak mi rodzice salę odmalują !!!!!!!! Chodzi mi o to, że ta szkoła przez kilka lat jest tak samo moja, jak i tych dzieciaków. Pieniądze na farbę może by się jeszcze znalazły, ale na fachowców już nie, więc chodźmy i pomalujmy te cztery ściany. Dzieciakom będzie milej uczyć się w ładnej, a nie odrapanej klasie, a my ponarzekamy trochę i może znajdziemy nowych znajomych. I tyle. Tylko że teraz jest właśnie takie podejście (i nie, nie wszyscy rodzice mają takie podejście), że to szkoła powinna wszystko zapewnić, że to jest za….ny obowiązek państwa i płacę podatki, więc już nic nie muszę, mogę tylko wymagać. Nie wspomnę też o przeróżnych przepisach i innych cudach, że szkoła nie chce prosić o pomoc, bo jakiś jeden gorliwy rodzic zgłosi gdzieś tam, że tak się nie godzi i szkoła już ma na głowie przeróżne kontrole, etc.
        To wszystko poszło gdzieś w złym kierunku. Zamiast znaleźć złoty środek poruszamy się ciągle w skrajnościach. Albo to nauczyciel krzyczy na ucznia, albo uczeń na nauczyciela. A ja bym chciała, żeby nikt na siebie nie krzyczał (i żeby nie było, to tylko taka metafora). Wiem, idealistka jestem.

          • Bardziej mi chodziło o to, żeby to nie było tak odczytane, a jak to napisałaś to aż mi ciarki przeszły, że tak można postępować. No tak, wiem, że tak można i pewnie niektórzy nawet tak robią, nie jestem aż tak naiwna. Jednak chodzi mi głównie o to, że takie pierdółki puszczone w eter potem bardzo szybko nabierają tempa i wielkości. Bo ktoś coś kiedyś gdzieś napisał, że nauczyciele to każą malować sale za ocenę… 🙂

            • A nie no, jasne, wyszło wróblem, wróci wołem. Czyli jeszcze raz: malowanie sali za ocenę to sytuacja tak bardzo patologiczna, że już bardziej nie można, a nie norma, standard czy jak zwał, tak zwał. Choć się zdarza. Jak każda inna patologia w dowolnym miejscu. Parafrazując klasyka: daj mi miejsce, a patologia się znajdzie 😉

  4. Ja staram się nie wtracac w prace nauczycieli. Sa tacy, ktorych moj Syn lubi, nie lubie, szanuje lub nie. Kazde dziecko jest inne. Wazne jest aby uczylo sie strzelac do jednej bramki, asymilowac sie, wpoldzialac z grupa. Natomiast jesli jest potrzeba chetnie stawie sie w szkole. Bo czasem kij ma dwa konce i warto poznac dwie opinie.
    Wazne jest natomiast aby interesowac sie szkola pod katem relacji z wlasnym dzieckiem. Fajnie gdy mlody opowiada o zajeciach. czasem jest zabawnie, czasem sie skarzy. roznie bywa. ale warto trzymac reke na pulsie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here