Akcja odchudzania portfela trwa w najlepsze. No, no, no, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie mam na myśli zrzucania tkanki pieniężnej, żeby została z portfela sama skóra (ekologiczna) i kości, tylko uszczuplanie wydatków, które teoretycznie wydają się niezbędne, a w praktyce można bez nich żyć. No dobra, tak naprawdę nie można żyć, bo pokażcie mi taką, która przeżyje bez podkładu i maskary. Albo nie, stop, nie pokazujcie, nie kopie się leżącego. Już widzę tłum skandujący „Nig-dy nie sto-so-wa-łam i ży-ję”.

Umówmy się, że istnieją pewne grzeszki, z których spowiadać się nie mamy zamiaru i do grzeszków tych zaliczyć można zakup tego i owego, żeby prezentować się społeczeństwu zdeczko lepiej niż zombie. Kiedy człowiek z grzeszy i wyda sporo, to sumienie włącza syrenę i trzeba się nieźle napracować, żeby ją wyłączyć. Kiedy jednak zgrzeszymy, a wydamy mało, to… no cóż, wtedy można przyjąć, że grzech zaczyna się od iluś tam wzwyż. A my tej granicy jeszcze nie przekraczamy, aha, aha. Bingo.

Dziś więc – w ramach podchodzenia do sumienia podstępem – kilka kosmetyków, które okazały się naprawdę dobre, choć są naprawdę tanie. No dobra, z jednym wyjątkiem w tej taniości, ale za to bez żadnych wyjątków w zaskoczeniu. We wszystkich przypadkach kopara opadła. Zapinamy pasy i jedziem.

Korektor pod oczy Lovely Magic Pen Brillance – 10 zł

Skończył mi się korektor Wibo, który zachwalałam ostatnim razem i który był tańszym odpowiednikiem korektora L’Oreal, który również wynosiłam pod niebiosa. No więc ta wersja jest jeszcze tańsza niż Wibo, a jeśli trafimy na promocję w Rossmannie, to ho, ho! Trzeba się hamować, żeby nie wziąć dziesięciu. Korektor bardzo dobrze się rozsmarowuje, świetnie trzyma przez cały dzień, nie gromadzi w zmarchach, rzeczywiście rozświetla i z pewną taką nieśmiałością stwierdzam, że się czuję jakby odmłodzona. I to za około 10 zł.

Wada jest jedna, za to wybitnie upierdliwa. Nie wiem, czy mam felerny egzemplarz, czy też one tak wszystkie po całości, ale dawkowanie jest fajne inaczej. Tutaj magia nie działa. Kręcimy, kręcimy i nic, po czym następuje – pardon – wytrysk i możemy skorygować cienie pod oczami od razu u całej dywizji przemęczonych matek. Nie potrzebuję nakładać korektora w ilości konkurującej z gładzią szpachlową na ścianie, naprawdę. Mam nadzieję, że to tylko ja mam takie szczęście, a nie cała populacja konsumentów inwestujących w Lovely.

Tusz do rzęs Bell Zoom Zoom Mascara – 10 zł

Serio, serio, pamiętam, że mówiłyście, że kopara opada przy maskarze Lovely. Kupiłam. Taką pomarańczową kupiłam. Gorszej nie miałam, poważnie. Moja wina, że nie dopytałam was, którą konkretnie miałyście na myśli, bo stanęłam przed półką w Rossmannie i zaliczyłam zwiechę systemu. Maskar było ileś tam, przynajmniej 2/3 z silikonową szczoteczką. Pomarańczowa jest beznadziejna. Niestety. Nie to, że robi krzywdę, bo nie robi. Nic nie robi, zupełnie nic i to mam jej za złe.

Ponieważ maskary jednak potrzebowałam, przełknęłam wyrzucenie 10 zł i zainwestowałam kolejne dziesięć zyla w maskarę Bell zlokalizowaną w Biedronce. Rodacy! Rodaczki znaczy. Mistrzostwo świata i kopara opada! Bardzo dobra maskara, ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu to stwierdzam. Nic się nie osypuje, pięknie wydłuża rzęsy, trzy aplikację otwierają bramy raju. Serio, serio. I te bramy raju zupełnie nie są posklejane, aha, aha. Mój namber łan od teraz na wieki. Chyba. Bo pewnie odkryję coś nowego za czas jakiś, howgh.

Pomadka Miss Sporty – około 11 zł

W życiu bym jej nie kupiła, bo nie kupuję pomadek wcale, ale dostałam od koleżanki. A kumpela ma – wierzcie lub nie wierzcie – wybitnie dobrą rękę do pomadek. Podrzuca mi coś od czasu do czasu i jeszcze nie zdarzyło się, żebym była niezadowolona (tak było z absolutnie boskimi pomadkami Bourjois – szał ciał i uprzęży). Ta seria pomadek – zabijcie, nie pamiętam, jak się nazywa, a nie chce mi się ruszyć dupska z kanapy, bo zaraz któreś z dzieci będzie coś chciało – jest delikatna, nawilżająca, właściwie pół-transparentna, czyli taka, jak lubię.

Kapitalna sprawa dla tych, którzy malują się w drodze na przystanek. I to w biegu, bo zawsze wychodzą za późno (z kim przybijam piątkę?). Szminka Miss Sporty świetnie nawilża, świetnie się rozprowadza. Oczywiście nie trzyma się powalająco długo, bo przecież jest nawilżająca i tłusta, zniknie najdalej przy pierwszej kanapce, ale co szkodzi zaaplikować ją ponownie, czyż nie? Wielki renesans marki Miss Sporty dla mnie, którą uważałam, za koszmarny badziew. Czapki z głów i klękam.

Puder matujący Essence Mattifying Compact Powder – <10 zł

No, tu już nie wiem, co robić dalej, bo ołtarzyk stoi. Wyhaczyłam czystym przypadkiem w Kauflandzie, gdzie polazłam po robocie robić szybkie zakupy. Wiecie, jak się robi zakupy w okolicach godziny 21.00? Bardzo szybko, bardzo konkretnie, bo człowiek już bardzo chce do domu. Potrzebowałam, stał na samie, kupiłam i w domu zaliczyłam zgon. Z zachwytu. Najlepszy puder matujący, jaki w życiu miałam. Sorki za fotę, już mi się skończył.

Matuje, nie włazi w pory, pięknie się trzyma, nie widać go (to zaleta), jest wydajny, tani, ach, ach, zaliczam nirwanę. Jest jedna drobna wada – trochę się kruszy. Mógłby mniej. Kruszyć się zaczął jednak dopiero, gdy zaczęłam widzieć dno, a zobaczenia dna w czymkolwiek nigdy nie nastraja pozytywnie, bez względu na to, czy chodzi o płyny czy o ciała stałe (np. talerz spagetti).

Krem tonujący Bourjois 123 Perfect CC Cream – około 30 zł

podklad_bourjoisTo ostatnia rzecz z przeze mnie tym razem polecanych, która tania już nie jest, zaskakująca natomiast jak najbardziej. Nie przypominam sobie, bym miała kiedykolwiek krem CC. Nie pamiętam też, bym kiedykolwiek była zadowolona z podkładu Bourjois. Bo z pomadek bardzo, nad maskarami pieję, pudry prasowane wymiatają, a błyszczyki do ust to poezja. Niestety do podkładów zraziłam się czas jakiś i nic tego wrażenia nie odczarowało.

Do teraz. To jest naprawdę dobry produkt, a mówię to jako posiadaczka tłustej cery, doceńcie więc. Dodatkowy punkt za jasne odcienie – jako przedstawicielka córek młynarza czuję się usatysfakcjonowana. Krem wymaga oczywiście przypudrowania (zerkamy na Essence), ale naprawdę jest dobrze, co mogę ocenić po całym dniu na sobie „mania”.

Jakieś wady? A są. 123 Perfect CC Cream jest dość rzadki, dlatego trzeba uważać, jak się trzyma opakowanie. Bo może się zdarzyć, że wycieknie w sposób niekontrolowany na przykład na świeżo założone spodnie. Uprzednio wyprasowane. No nie, bez ściemy, nie prasuję spodni. Tak czy siak może wycieknąć w sposób niekontrolowany. A wtedy to smuteczek (i echo na to mać, mać, mać).

I już. Czy czujecie, jak spływa na was kosmetyczne rozgrzeszenie? I o to chodziło. Kiedy zgrzeszę ponownie, nie omieszkam się wam z tego wyspowiadać 😉

16 KOMENTARZE

  1. Korektor i tusz do rzęs z pewnością wypróbuję. A tak swoją drogą,czy tylko ja zaniedbuje obowiązki domowe,żeby poczytać nowe wpisy u Krusz? 😉

  2. ten korektor lovely mam, ale wersję zieloną – gorszego korektora w życiu nie miałam – 1. rzadki, nie kryje prawie nic, a zielony ma kryć niedoskonałości i zaczerwienienia, 2. nie dość, że nic nie kryje, to jeszcze ściera się gdy lecimy po nim z podkładem (nieważne którym, a mam ich kolekcję), 3. (w sumie to zaleta chyba) kończy się wyjątkowo szybko – nawet miesiąca nie wytrzymał…

    co do maskary – upolowałam na rossmannowych promocjach eveline w złotym opakowaniu (Celebrity coś tam) – wielce zacna maskara 🙂

    (a z pomadek, matowych, nie do ruszenia – (niestety trochę z innej półki cenowej) INGLOT w formie błyszczyku z tą gąbeczką, czy jak to się tam zwie – po 12h praca plus wieczór trochę zbladł kolor na środku ust przy jedzeniu, a tak to nic się z tym nie dzieje)

    • Ech, do pomadek matowych i nie do ruszenia wzdycham żałośnie i tęsknie. Niestety one są dla tych, które posiadają usta, a nie tylko – jak ja – cienką, czerwoną linię 😉 Eksperymentowałam z różnymi, a czerwone pomadki w odcieniu czerwieni – pardon – burdelowej vel strażackiej ubóstwiam, niestety prezentuję się w nich kiepsko. I w tak poza tym źle się czuję. Dlatego dyskretne maziu-maziu jest dla mnie w sam raz, po inne nie sięgam (i popłakuję skrycie 😉 )

    • Pomadkę matowa nie do ruszenia odkryłam jedna – Maybelline 24h. Rzeczywiście po nałożeniu trzyma sie jak szatan, raz nie zmykam makijażu przed pójściem spać i rano wciąż tam była 😉 Proces nakładania jest nieco dziwny, trzeba przetrwać kilka minut dziwnej lepkości, ale potem wysycha, dajemy warstwę błyszczyku i nie ruszy jej trzydaniowy obiad, namiętne pocałunki ani wino.

      • Kiedyś z takich supertrwałych była Max Factor Lip Finity. Rzeczywiście miała moc, tyle że błyszczyk, który był w komplecie strasznie szybko się kończył. Była też Astor, pomadka we flamastrze. Najdziwniejsza rzecz jaką kiedykolwiek miałam, normalnie jakbym pisakiem malowała usta 🙂 Ale trwała była, nie można jej odmówić 🙂

  3. Jeżeli chodzi o korektor pod oczy to jeszcze tańszy i naprawdę nardzo dobry jest również w Biedronce. Bell za jakieś 8zł . Jest z pędzelkiem, więc odpada problem opoźnionego wytrysku do tego pędzelek jest wystarczająco długi żeby wygrzebać tzw. rechy i nie wyrzucać 1/3 korektora na dnie

  4. Lovely różowy mam i tez zdziwił mnie w pierwszym użyciu ten niekontrolowany…. Szybko sie skończył ale zakupiłam następny.. Błyszczyk z biedronki bell za 8.99 jest najlepszy jaki miałam.. Juz 4 kupiłam i jestem zadowolona..dzieki za polecenie rozswietlacza wino, używam i jestem zadowolona..

  5. Malwina przetestuj sobie utrwalacz lakieru do paznokci Wibo top coat like gel. Jestem mim zachwycona!!! lakier pomalowany tym wynalazkiem wytrzymuje mycie garów, sprzątanie i szorowanie. Paznokcie są błyszczące i wyglądają jak hybryda. Zachwyt za 8,50:)

Odpowiedz