Zanim zwolennicy KOD okrzykną mnie zbrojnym ramieniem PiSu i zanim zwolennicy PiSu przypną mi łatę piątej kolumny KODu, tradycyjnie przy tego typu notkach wyjaśnijmy sobie coś. Kiedy piszę o pomyśle zmian w szkolnictwie, jest mi doskonale wszystko jedno, kto te zmiany wprowadza – czerwoni, zieloni, różowi, czarni czy w kropki. Wprowadza, odnoszę się do tego i wystarczy. Sympatie polityczne mam, bo mam też mózg i jakieś zainteresowanie moim krajem, ale nie będzie to przedmiotem tych wynurzeń.

Pozwolę sobie wziąć na ząb wywiad z minister edukacji Anną Zalewską, który to już ukazał się na portalu wpolityce.pl, a w pełnej wersji ukaże się wSieci. Wersja internetowa jest na tyle obszerna, że można już wyciągnąć jakieś wnioski i mniej więcej wyrobić sobie zdanie. Wszystkie cytaty użyte przeze mnie będą pochodzić właśnie z tego wywiadu. Nie bez znaczenia jest to, że liceum kończyłam w 1995 roku, czyli jestem z epoki przedgimnazjalnej. No dobra, przechodzimy do ad remu.

Jestem za a nawet przeciw

Generalnie sprawa dotyczy stopniowego wygaszania gimnazjów i powrotu do podziału, który był wcześniej, czyli ośmioletniej podstawówki i czteroletniej lub pięcioletniej (w przypadku techników) szkoły średniej. Pomijając wszelkie okoliczności przyrody – ideę popieram. Gimnazja się nie sprawdziły i trzeba być ślepym, żeby tego nie dostrzegać, a skoro już się to stwierdzi, trzeba iść dalej i coś z tym zrobić.

Nie sprawdziły się po części z tego powodu – i tu znów podzielam zdanie ministerstwa – że dzieci w okresie ugruntowywania się relacji i w czasie, powiedzmy, nauki brania odpowiedzialności za siebie i rówieśników zostają przeniesione w nowe miejsce i do zupełnie nowych osób. Zgodzę się więc, że lepiej dla tych dzieci jest kontynuować naukę z tymi samymi osobami w klasie siódmej i ósmej (nawet jeśli lekcje odbywają się w innym budynku), niż umieszczać w nowych klasach, wśród ludzi, których nie znały wcześniej.

Zgadzam się też, że z trzyletnim liceum związany był jeden wielki burdel, głównie z racji tego, że przez pierwszych kilka lat obowiązywała czteroletnia podstawa programowa dla trzyletniego czasu nauki. Ci, co wówczas wprowadzali zmiany, jakoś nie dopięli tematów. Smuteczek. Niedopinanie tematów jest niestety cechą charakterystyczną wszelkich innowacji w systemie szkolnictwa, niezależnie od tego, kto zmiany uchwalał. I tu już należy na brzegu rzeki siąść i zapłakać, bo przez 25 lat nie zdarzyło się nic, co wprowadzałoby jako taki porządek. Całość zaczyna przypominać kanapkę z pasztetem i dżemem jednocześnie. Mnią.

Podoba mi się pomysł rozszerzenia początkowego nauczania o klasę czwartą, w której lekcje prowadzone byłyby z tym samym nauczycielem i pojawiłyby się „zajawki” nowych przedmiotów – biologii, geografii itp. Rzeczywiście sporo rodziców dawało znać, że w okolicach czwartej klasy następuje „tąpnięcie”, zwłaszcza jeśli dziecko rozpoczynało naukę w wieku lat sześciu. Po zmianach przejście do nauki w „poważnej” szkole odbywałoby się w sposób bardziej wygładzony. I znów – pomijam technikalia, o samej idei mówię.

Podoba mi się koncepcja podwyższenia poprzeczki na maturze. Naprawdę nie każdy musi ją mieć i wreszcie zaczęłaby coś oznaczać. Podoba mi się chęć powrotu do szkolnictwa zawodowego i technicznego, podoba mi się koncepcja „zawodowej matury”. Naprawdę. Potrzebujemy specjalistów i fachowców, a nie kolejnej fali studentów pedagogiki. Nie uwierzylibyście, z iloma psychologami, pedagogami i kulturoznawcami pracowałam. Świetnie sprawdzają się w sprzedaży.

Popieram więc ideę, jednak w przeprowadzonym wywiadzie pojawiły się stwierdzenia, które każą mi myśleć, że wszystko może się wziąć i zgodnie z tradycją spindolić. Zdumiała mnie bowiem nieświadomość pewnych rzeczy i sposób myślenia o rzeczach innych, a także hurraoptymistyczne podejście do rzeczy jeszcze osobnych. Nie odniosę się do podstawy programowej jako takiej, bo jej nie znam i nauczycielem nie jestem, zwrócę uwagę na kilka stwierdzeń.

Alternatywna rzeczywistość

No to sobie pocytacimy.

„Ale uwaga: odpowiadamy od razu na pytanie, co się stanie z gimnazjalnymi budynkami, urządzeniami, laboratoriami. Otóż jest możliwe, że ta siódma klasa będzie mogła mieć zajęcia w najbliższym gimnazjum – czasem to są przecież te same lub sąsiednie budynki.”

No czasem jednak nie. Owszem, w moim konkretnie przypadku tak jest, gimnazjum jest po przeciwnej stronie ulicy, ale w mniejszych miejscowościach nie będzie tak prosto i dyrektor podstawówki stanie przed zadaniem zmieszczenia siódmej i ósmej klasy w tym samym budynku. A przecież do szkół poszły sześciolatki na mocy poprzedniej, już wycofanej zmiany.

„W związku z tym nadal będzie to jedna placówka z jednym dyrektorem, jedną radą pedagogiczną i jednym programem.”

Pani minister niestety nie wyjaśnia, którego dyrektora ma na myśli. Tego z podstawówki czy tego z gimnazjum. Bo któryś pracę straci. Jedna szkoła to też jeden sekretariat, jeden pedagog szkolny i tak dalej. Przy wprowadzaniu gimnazjów powstały nowe etaty dla kadry nauczycielskiej i administracji, a teraz trzeba będzie część z nich zlikwidować. Niestety zamiast przedstawić konkretne pomysły, ministerstwo „pracuje nad rozwiązaniem”. No mówię, kanapka z pasztetem i dżemem.

„Zróbmy z tego jedną szkołę, ale zostawmy siedziby, nie zabierajmy dzieci z ich naturalnych środowisk. Niech nauczyciel do nich dojeżdża, a nie uczniowie do nauczyciela.”

Chcę to zobaczyć w Bieszczadach 😉 W banku, w którym pracowałam, hołdowano idei, że to bankier jeździ do klienta, nie odwrotnie. Efekt był taki, że nie można było wyrobić się z niczym, bo człowiek gnił w korkach, a na koniec i tak zabrano oddziałom samochody, bo koszty dojazdów okazały się zbyt duże. No naprawdę, myślałam, że można liczyć na coś więcej niż gładkie teksty w korpolskim.

„Wiele wiejskich szkół ma z powodu niżu demograficznego piękne, ale puste świetlice. Niech tam zostaną dzieci, przynajmniej w pierwszych klasach. Jesteśmy gotowi dokładać do takich małych szkół.”

W szkołach miejskich jest za to zupełnie odwrotnie. Moja podstawówka działa na dwie zmiany i ma ogromny problem z upchnięciem dzieci na ograniczonej przestrzeni, a zagęszczenie w świetlicy bije wszelkie rekordy. Poza tym kiedy słyszę „jesteśmy gotowi dokładać”, to rodzi się we mnie pytanie „a w jaki sposób?” i jakoś tak czuję, że koszty po staremu zostaną przerzucone na samorządy. Jeśli już mówi się o dokładaniu do czegoś, to trzeba przedstawić konkrety. Już teraz, na tym etapie.

A co z nauczycielami gimnazjów?

„Notabene nowy system zaoferuje nauczycielom wiele innych możliwości. Pojawią się nowe funkcje: metodyka, doradcy zawodowego, nauczyciela wspierającego w szkołach zintegrowanych, czy wreszcie asystenta wspierającego nauczanie obcokrajowców, np. repatriantów.”

Tak, chcę zwłaszcza zobaczyć tego doradcę zawodowego i asystenta nauczania obcokrajowców. Naprawdę, tak wielkie jest zapotrzebowanie na tego typu etaty, że z pewnością rozwiąże to każdy problem. Żeby rzeczywiście kompetentnie doradzać w wyborze dróg zawodowych, trzeba się orientować i to znakomicie orientować w aktualnych zapotrzebowaniach na rynku pracy i w tendencjach na nim panujących. Jaką w tym zakresie będzie miał wiedzę nauczyciel, dajmy na to, biologii? Oczywiście można go wysłać na obowiązkowe przeszkolenie, ale błagam…

„Wy obiecywaliście walkę z testami.

Całkowicie z nimi nie zerwiemy, bo jak młody człowiek pójdzie potem do brytyjskiej korporacji, to  będą badali jego poziom kompetencji testami.”

Uspokoję panią minister, że w polskich korporacjach z kapitałem francuskim oraz włoskim również sprawdza się wiedzę testami i to co miesiąc. Tylko że ni cholery nie przydają się do tego testy uskuteczniane w szkołach. Chcę wierzyć, że ten argument nie padł na poważnie, bo inaczej pozostanie mi pokiwać się w kąciku.

„Po pierwsze, musimy się umówić, czym jest liceum. Jeśli jest kuźnią przyszłych studentów, musi gwarantować edukację dogłębną.”

Niestety liceum nigdy tego nie gwarantowało, zwłaszcza ogólnokształcące. Nawet w czasach szkoły czteroletniej program był przeładowany. Problemem polskiej szkoły nie jest ilość podawanej wiedzy, ale jej jakość. Wiele czasu marnotrawi się na pierdoły.

„Ale dlaczego cykl czteroletni jest dobry?

Bo  tyle trzeba żeby wykształcić elitę Rzeczpospolitej.”

Z elitą to dzisiaj jest mniej więcej tak jak z ekspertami, o których pisałam niedawno. Wszyscy są ekspertami, każdy należy do elity, w związku z czym jedno i drugie już dawno przestało być wyznacznikiem czegoś lepszego. Kiedy ja kończyłam studia, wyższe wykształcenie miało mniej niż 10% społeczeństwa. Teraz „magazyniera” ma 50% i jakoś nie odczuwam zmiany na plus. Co więcej, okazuje się, że wyższe wykształcenie może znakomicie iść w parze z wtórnym analfabetyzmem.

„Proszę zauważyć: po trzyletnich liceach zniknął nawet sentyment, ochota do powrotu na bale absolwentów. Bo jest po prostu za krótko.”

Jezu, błagam, ja też nie chodzę na bale absolwentów, pomimo ośmioletniej podstawówki i czteroletniego liceum. Żadna siła na tej planecie ze mnie tego sentymentu nie wykrzesze. Zapominamy o tych słowach pani minister, szybciutko, szybciutko!

Coś o lekturach.

„Na nic nie było czasu, to jest też jedna z przyczyn katastrofalnej sytuacji w doborze lektur […] Lekturami zajmie się profesor Andrzej Waśko, ale najpierw musimy mieć gotowy ustrój szkolny. W tej chwili mamy na przestrzeni całego liceum cztery lektury czytane w całości.”

O tym, że dobór lektur jest fatalny, wiadomo. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami. Receptą nie jest jednak czytanie większej ich ilości w całości (rym-cym-cym). Trzeba w końcu wypieprzyć z kanonu „Antka”, „Janka muzykanta” et consortes. Ja pierdzielę, ileż można nauczać o uciśnionej klasie chłopskiej? Czy metoda wkładania do pieca na trzy zdrowaśki naprawdę jest tym, o czym powinny czytać dzieci? Oby zmiany w zestawie lektur nie oznaczały, że zostanie to samo, tylko więcej w całości. Drżę!

„Chciałabym mocno podkreślić: czteroletnie liceum będzie antidotum na ustawiczne podpieranie się korepetycjami. Bo na wszystko będzie czas.”

Wycieram łezkę i wzdycham. Opad rąk mam chyba większy niż przy tym zdaniu o brytyjskich korporacjach. Na bogów! Za moich czasów korepetycje miały się świetnie i wybitnie, pomimo czteroletniego cyklu nauczania. Bo nie zależą, na Teutatesa, od tego, czy liceum jest trzy- czy czteroletnie, tylko od samego warsztatu nauczyciela. Miałam szczęście do świetnych chemiczek i z tego przedmiotu zgarniałam najwyższe oceny. Miałam pecha do fatalnych fizyków i mimo że fascynuje mnie fizyka, zawsze byłam w ogonie.

„Pomagać w tym będzie doradztwo zawodowe od przedszkola.”

Nie no, proponuję od żłobka. Chyba sobie jeszcze raz przeczytam o korporacjach i balach absolwentów, żeby ochłonąć.

Podsumowanie:

Zbierzmy do kupy te przydługawe wynurzenia. Kierunek zmian – tak, idea – tak. Akcent na szkolnictwo techniczne i zawodowe – tak, tak, tak. Nie wiemy jednak nic o sposobie finansowania zmian, a poza ogólnikami brak jakiejkolwiek koncepcji dla nauczycieli. Nie wiemy nic o przyszłej podstawie programowej, a kanon lektur będzie opracowywany, ale nie wiadomo jeszcze w jakim kierunku. Wydaje mi się, że przy publicznym ogłaszaniu zmian powinno pojawić się więcej konkretów. Ponieważ się nie pojawia, rodzą się obawy. I tyle.

21 KOMENTARZE

  1. He, nareszcie! 🙂
    Ogólnie się zgadzam. Uważam, że likwidacja gimnazjów przyniesie więcej korzyści (pracowałam w gimnazjum, i publicznym, i niepublicznym, i to JEST katastrofa), natomiast sposób wprowadzania zmian woła o pomstę do nieba. W normalnej rzeczywistości zmiany – przygotowane tip top! – wprowadza się od nowego rocznika, wszystkie wcześniejsze idą starym trybem i nie ma żadnych wątpliwości, gdzie, kto i kiedy ma trafić. W tej chwili nic nie wiadomo, minister Zalewska napytlowała, napytlowała i nic z tego nie wynika poza paniką. Ludność próbuje samodzielnie dojść, co i jak, produkuje infografiki, których od dwóch dni przewala się po necie sporo i po których widać, że każdy zrozumiał wywody ministerialne inaczej.
    Szkoły branżowe popieram, jak najbardziej, ale pomysł z dwiema maturami i dwoma trybami studiowania jest poroniony. Absolwent szkoły branżowej, który zrobi licencjata i po jakimś czasie zechce zostać magistrem, będzie musiał wracać do liceum. Chore. Rozumiem chęć podniesienia prestiżu ogólniaka i matury, ale to trzeba by zacząć od przemeblowania w głowach pracodawców, którzy od sprzątaczki wymagają licencjata albo każą uzupełniać wykształcenie pracownikom wszystko jedno, na jakiej uczelni i jaki kierunek, byle by w papierach ładnie wyglądało.

    Szykuje się znów zabawa w gorącego kartofla, MEN wytycza kierunek, a resztą niech zajmą się lokalne władze, które ewentualnie będzie można skrytykować później.

    A, jeszcze w kwestii lektur. Człowiek, który ma się zająć listą tychże lektur, na 99% spowoduje, że ministerialny program zachęcania do czytania pójdzie, excuses le mot, w pizdu. Nie spodziewałabym się po nim niczego poza ‚Antkiem’, ‚Dobrą panią’ i biografią Jana Pawła II w wersji skróconej dla młodszych i pełnej dla starszych.

  2. W ramach ciekawostki politycznej https://oko.press/poslanka-anna-zalewska-krytykuje-minister-anne-zalewska/

    Czteroletnie liceum jest ok, natomiast byłabym za 4-letnim nauczaniem początkowym, gdyby zaczynać od 6-latków. Ale 11-latek w początkowym? Nie za późno trochę?
    I mam wrażenie, że miasta większe i mniejsze jakoś sobie poradzą, mają na tyle budynków, że jakoś te dzieciaki poprzesuwają, żeby zmieścić wszystkich gdzie trzeba, ale co z wsiami i małymi miasteczkami, gdzie np. podstawówka jest mała i niepusta, a gimnazjum jedno w gminie? Będzie się działo. :/

  3. Czyli znowu przyłoży się jeden szablon do wsi i miast. I znowu postawa w stylu „uruchomimy system, a potem się zobaczy”. Ostatecznie szkolnictwo to materia plastyczna, jakoś się upcha i ułoży.

  4. „Gimnazja się nie sprawdziły i trzeba być ślepym, żeby tego nie dostrzegać” – no to ja jestem ślepa i po 17 lat pracy w tychże nie dostrzegam powszechnie powtarzanych problemów. Poważnie. No ale moim trzem dyrekcjom gimnazjalnym chciało się dokształcić siebie i kadrę w temacie pracy z młodzieżą w wieku trudnym. I dodam, że po reformie nie będę miała problemów z pracą, ponieważ pracuję również w liceum gdzie godzin aż nadto.

      • A doświadczenia moich znajomych nauczycieli są inne – ich zdaniem gimnazja się sprawdziły. W dodatku sama znam dzieci, które w gimnazjum dostały nową szansę i nagle podciągnęły się w nauce. W większości Europy funkcjonują takie szkoły i jest ok.

      • Krusz,
        no ale jakieś badania na to są, że się nie sprawdziły i dlaczego?
        Bo tak to sobie przytaczacie argumenty anegdotyczne „moje gimnazjum jest super”, „nauczyciele, których znam mówią, że gimnazja są do de”.

        Ja to ani nie jest za, ani przeciw, ale rewolucji nie lubię, bo większość błędów można poprawiać bez rozwalania wszystkiego. A ta reforma (tak samo jak ta wprowadzająca gimnazja) śmierdzi na odległość. „Przed wojną były gimnazja i było lepiej, a komuniści je zlikwidowali, więc my wam je przywrócimy i znów będzie lepiej”. „Kiedyś było lepiej, a teraz jest źle i są gimnazja, więc my je wam zlikwidujemy i znowu będzie lepiej”.

        • Wiesz co, nie wydaje mi się, żeby trzeba było przeprowadzić badania, żeby stwierdzić, że system się nie sprawdził. Pochodną wprowadzenia gimnazjów, którym przyświecała idea podniesienia poziomu wykształcenia całego społeczeństwa (tzw. mała matura) jest między innymi obniżenie (radykalne i zastraszające) poziomu nauczania szkolnictwa wyższego. Na to złożyło się oczywiście więcej czynników (nastawienie na testy, zmiana wyglądu matury, idiotyczna abolicja maturalna za Giertycha, likwidacja egzaminów wstępnych na studia, likwidacja nauczania specjalistycznego i parcie na ogólne itd). Tak czy inaczej ja sobie tam mogę lać wodę, bo ani pedagogiem, ani nauczycielką nie jestem, ale zbieram informacje, czytam to i owo, rozmawiam z ludźmi i wyłania się z tego obraz taki a nie inny.

          Ja tez nie lubię rewolucji i nie uważam, że to, co wprowadza obecne ministerstwo, jest super i hiper. Jestem za likwidacją gimnazjów z przyczyn, o których pisałam, co nie przeszkadza temu, że w zacytowanym wywiadzie pewne stwierdzenia pani minister napawają mnie sporą obawą (łotdefaking mi się włącza) i wszystko wygląda na to, że sposób wprowadzania idei w życie zafunduje nam gigantyczny burdel.

    • Jak pisałam wyżej, pracowałam w gimnazjum – przykro mi, ale w wielu przypadkach nawet najlepsze wykształcenie i najcudowniejsi dyrektorzy nie pomogą.

  5. A ja powiem tak – oprócz tych wątków już tutaj poruszonych, czyli finansowania, różnice między miastami i wsią jest jeszcze jeden element. A mianowicie nauczyciele. I ja mam wrażenie, że wszelkie reformy w oświacie przygotowuje się tak – ogłosimy, rozpętamy gównoburze, a dalej to niech się samorządy i NAUCZYCIELE martwią. W końcu jak wprowadzą reformy to my je musimy przyjąć, nawet jak będą niedorobione i w tej rzeczywistości pracować i uczyć dzieci. To się nigdy za mojej kariery dobrze dla dzieci nie skończyło. Ani stworzenie gimnazjów, ani teraz ich nagła likwidacja („wygaszanie” już od przyszłego roku i robienie wody z mózgu, no proszę…) nie jest dobrym pomysłem. Przez rok nie da się zrobić nowej, dobrej podstawy i jeszcze przygotować na nią nauczycieli. Niewykonalne. Czyli znowu jak zwykle – rzućmy pomysł, nauczyciele zrobią co uważają, bo wyjścia nie mają. Smutne.
    I tyle ode mnie.

  6. Czyli jak zwykle, wszystko na HURRRRA! Bez pomysłu, bez zastanowienia, bez planu. Juz się boje. Ja jestem z czasów wprowadzenia gimnazjum. Powiem szczerze, że juz dawno powinni je zlikwidować. Jestem po studiach. Po geologii. I co z tego? Pracuję jako handlowiec…wybieram się na kurs fryzjerski (znajome czeszę od dawna) bo dalej pracując tu gdzie pracuje oszaleje. Czy coś z tym krajem jest nie tak? woda twarda, słońca za dużo czy może nadmiar piwa, ale odnoszę wrażenie, że politykom prostują się zwoje mózgowe… Brak planu, brak pomysłu, kiełbasa wyborcza – witamy w PL!
    Och…poszło kwasu…już mi lepiej

  7. Wypunktowałaś niemal wszystko, do czego i ja bym się przyczepiła.
    I generalnie nie jestem przeciw zmianom, pod warunkiem że są planowane z wyprzedzeniem i przewidywaniem konsekwencji, a nie wymyślanie tu i teraz bo trzeba zmienić to co zrobili „oni”.
    I chcę przypomnieć że to PiS był głównym przeciwnikiem bubla w postaci elementarza robionego na kolanie w mniej niż rok- tu w mniej niż roku musi powstać nowelizacja, podstawa programowa na 12 klas i podręczniki do co najmniej 3 nowych tworów – 1 klasa, 4 klasa i 7 klasa…
    A co do zwolnień czy raczej „ratowania etatów”, Asystenci? Doradcy? „Jesteśmy gotowi dokładać.” Skąd? Przecież powiedziała, że wszystko ma się zamknąć w wysokości subwencji zaplanowanej w budżecie. Czyli dokładać mają samorządy. A samorządy już teraz nie mają na asystentów, którzy się należą np. autystykowi w szkole czy przedszkolu. Czarno to widzę. Bardzo!

  8. Nie rozumiem wątku nauczycieli. Czy jak w firmie prywatnej idą zwolnienia, to ktoś się tymi ludźmi przejmuje? Oprócz nich samych i ich rodzin.