Dobra zmiana podręcznika?

31
1355

Coś tam w netach huknęło, coś tam w mediach gruchnęło, a to poszybowała wieść gminna, jakoby nowy rząd miał wycofać się z podręcznika ministerialnego do nauczania początkowego, który wprowadził rząd poprzedni. I zanim pójdziemy głębiej w las (i wrąbiemy się jak Czerwony Kapturek prosto na wilka), ustalmy sobie kilka ważnych spraw.

Po pierwsze mam głęboko w zadzie, jaki rząd wprowadzał podręcznik i jaką linię polityczną reprezentował. Wprowadził go w takiej a nie innej postaci i sama ta postać jest celem moich wynurzeń. Po drugie nie ma dla mnie w tym kontekście najmniejszego znaczenia, kto nam miłościwie panuje teraz. Czerwony, zielony, niebieski, czarny – umówmy się, że jestem w tym momencie polityczną daltonistką. Ktoś chce dokonać zmian i coś innego chce wprowadzić – kropka. Poglądy polityczne, oczywiście, mam i nigdy ich nie kryłam, ale tym razem odsuwamy je na margines, howgh.

No, to możemy wrócić do podręcznika. Podręcznik ministerialny jest przewidziany w programie trzyletnim, czyli dzieci z pierwszej, drugiej i trzeciej klasy idą wytyczonym torem. Za podręcznik rodzic płacić nie musi, dostaje go na początku roku, przy czym nie na własność, a na czas jakiś. Dzieciak ma go szanować i strzec, bo po nim tę samą książkę odziedziczy dziecię młodsze. Podręcznik, kiedy go się „przerobi”, oddaje się w szkole. Nam trafił się zarówno egzemplarz nowy, jak i egzemplarz po kimś (w dobrym stanie), więc wiem, co mówię. Na własność są tylko ćwiczenia i jest to oczywista oczywistość, trudno, żeby było inaczej.

Ideę podręczników przechodnich witam fanfarami i feerią sztucznych ogni. Doskonały pomysł jeszcze rodem z PRL, bo sama pamiętam, jak pod koniec roku szkolnego szliśmy do klasy starszej po komplety książek, a swoje zostawialiśmy klasie młodszej. Idea ujednoliconego podręcznika również na pochwałę, w moim odczuciu, zasługuje, bo nie mamy klęski urodzaju w sensie ofert wydawniczych i wiadomo, na czym się będzie pracowało (a przeprowadzka w inne miejsce i posłanie dzieciaka do innej szkoły w trakcie roku szkolnego nie oznacza zakupu nowego kompletu książek).

Jaka piękna katastrofa

ALE. Musi oczywiście być ALE i o to ALE mi chodzi. Ponieważ rok szkolny ma się już ku końcowi, mogę, jako rodzic pierwszoklasistki, wtrącić swoje trzy grosze na podstawie poczynionych obserwacji. Podręcznik ministerialny jest mianowicie przedurny. Chaos i burdel dydaktyczny powinien mieć wypisane na sztandarach. Co z tego, że jest kolorowy, skoro merytorycznie tak bardzo do dupy, że już bardziej się nie da.

Tempo wprowadzania nowych literek jest bardzo szybkie (i ono NIE zależy od nauczyciela), chaos wprowadzania takoż. Nie ma najmniejszych szans na utrwalenie wiedzy, a sposób jej podawania automatycznie zakłada, że drugie tyle roboty rodzic odwali z dzieciakiem w domu. Co więcej, w samym podręczniku zdarzają się wpadki, kiedy to w czytance pojawia się literka, która nie została jeszcze wprowadzona. Taki żarcik. Można było użyć synonimu danego wyrazu, ale po co. Ileż to razy słyszałam coś w rodzaju:

– O, mamo, tu jest H, a my H jeszcze nie znamy.

Dziecko akurat znało i nie było problemu, ale nie o to chodzi. Jeśli dana literka jest pieśnią przyszłości, to na CH umieszczamy ją w czytance?

Dla odmiany matematyka idzie ślamazarnie wolno, jakby podstawa programowa zakładała, że siedmiolatek nie jest w stanie ogarnąć cyfr od 1 do 10. Duuuuże przerwy we wprowadzaniu pierwszych cyferek i zapodawania działań o coraz większym stopniu trudności skutkują tym, że na koniec roku wszystko wchodzi na hura. Teraz nagle trzeba przyswoić multum i to możliwie na wczoraj. Chciałabym wiedzieć, czym się kierował ten, kto obmyślał odgórnie ten sposób działania.

Efekt jest taki, że pod koniec pierwszej klasy dzieciak ma w głowie sieczkę. Gubi się w regułach pisania, gubi się w działaniach matematycznych i to pomimo tego, że ma ten komfort, że codziennie rodzice z nim siedzą i pracują. Matka rano, ojciec po południu.

Rodzic idiota i kluczem w bohatera

Są takie chwile, kiedy rodzic czuje się jak debil, na przykład wtedy, kiedy ma problem z zadaniem matematycznym dla siedmiolatka. Nie chodzi o skalę trudności, tylko o sformułowanie treści zadania, która to treść sugeruje dwie możliwości rozwiązania. Mamy więc jakąś historyjkę i polecenie, by historyjkę wyrazić w postaci równania matematycznego, dodawania lub odejmowania. Sęk w tym, że treść jest tak niejednoznaczna, że pasują oba. Tak, tak, zarówno dodawanie, jak odejmowanie. Nie da się? Bylibyście zdziwieni. Mistrzostwo świata.

To w czym problem? Ano w tym, że klucz do zadania zakłada, że tylko jedna droga jest prawidłowa. Która? Myśl, człowieku. Nie wiadomo, co autor miał na myśli. Takie dylematy miałam wiele razy, co kazało mi podejrzewać, że coś wyżarło mi mózg i albo było to odpieluszkowe zapalenie tegoż organu, albo zbyt silne stężenie cynizmu. Niezwykle irytujące uczucie.

Kwestia klucza wykracza poza ramy matematyki, klucz stosuje się ogólnie wszędzie, do wszystkich działań edukacyjnych, co jest tak debilnym pomysłem, że jeśli miałabym to ująć słowami, pozostałyby mi te wyłącznie nieparlamentarne. Urawniłowka. Musisz odpowiedzieć tak, jak zakłada klucz, bo jeśli coś się różni – a nie oznacza BŁĘDU, tylko inną drogę dojścia do tego samego – to robisz źle. Od samego początku podstawa programowa wsparta ministerialnym podręcznikiem oducza człowieka samodzielnego myślenia. Dramat.

Czy zmiana rzeczywiście będzie dobra?

Co zakłada pomysł obecnej załogi ministerstwa? Zakłada stopniowe odejście od Elementarza, bez terapii szokowej. To nie ministerstwo będzie tworzyć i wydawać podręczniki, tylko będzie wskazywać te, na które szkoły otrzymają dotacje. Szkoła będzie sobie więc mogła wybrać, fakt, wybór będzie ograniczony, ale to zawsze wybór, a nie jedynie słuszna opcja jak do tej pory. Według jakich kryteriów ministerstwo będzie wybierać podręczniki? Tego jeszcze nie wiadomo, ponoć jest to w fazie opracowywania.

Zarys znamy, no to teraz pozwolę sobie się do tego odnieść. Pomysł odejścia od Elementarza witam okrzykami radości i normalnie coś sobie z okazji tego święta kupię. Pomysł z dotowaniem wybranych podręczników jest w zasadzie OK, problem w tym, że nie wiadomo, kto i na jakiej podstawie będzie je wybierał. I tutaj rysują się rozmaite sposoby działania. Jakieś naciski lobbystyczne z tej lub tamtej strony. Niemożliwe? Ależ! Albo na przykład wybierać będą ci sami specjaliści, którzy pisali obecny Elementarz, a to dobrze nie rokuje.

Przypomnę też, bo o tym jest ciszej, że do tej pory zasada z dotacjami obowiązywała na podręcznik do języka angielskiego. Czyli nauczyciel (lub szkoła, cholera wie) określał się co do książki, a ona była dla rodzica równie darmowa jak Elementarz. W naszym przypadku zasada ta zadziałała fatalnie. Podręcznik do angielskiego został tak dramatycznie źle dobrany, jest tak bardzo niedostosowany do realiów polskich i rzeczywistości dzieci siedmioletnich (nie mówiąc o młodszych), że jak o tym pomyślę, to la curva leci na prawo i lewo.

Z podręcznikami to różnie bywa…

Po całym roku szkolnym moje dziecko mówi, że ono nie lubi angielskiego i nie chce się go uczyć. Kropka. Ma traumę. W pierwszej klasie, kurza twarz, co będzie dalej? W związku z powyższym trzeba będzie posłać młodzież na zajęcia dodatkowe (kasa poleci), żeby wyrównać to, co zepsuł beznadziejny podręcznik. A czym zawinił?

Jak można konstruować zadanie tak, żeby jego rozwiązanie wymagało znajomości PRAWIDŁOWEJ PISOWNI wyrazów angielskich, podczas gdy poznaje się dopiero literki języka polskiego?! Program z angielskiego kompletnie rozjeżdżał się z tempem wprowadzania liter w pierwszej klasie, przez co często było tak, że musiałam dziecku pokazać, jak ma w danym wyrazie napisać literę, której jeszcze nie zna! Bo inaczej nie zrobi zadania z angielskiego!

Rozumiecie mnie? Nie znają jeszcze wszystkich liter, nie ogarnęli pisowni wyrazów języka rodzimego, a już wymaga się poprawnej pisowni po angielsku, która to pisownia o wiele bardziej rozjeżdża się z wymową niż ma to miejsce w naszym języku. Gorszego burdelu nie znam. Nie mówię już o tym, że treść zadania w podręczniku czy ćwiczeniach była strawna jedynie dla rodzica. Nie ma szans na to, by dziecko samodzielnie odrobiło lekcje, bo nie przebrnie przez polecenie.

Podsumowując: chaotyczny Elementarz pożegnam bez żalu, obawiam się jednak, że nad wyborem podręczników dotowanych będą czuwać ci sami specjaliści, którzy pisali podręcznik obecny, co nakazuje mi okopać się za zwałami sceptycyzmu. Zwłaszcza że nie znamy jeszcze kryteriów wyboru. No i kwestia działań lobbystycznych, które zapewne zaistnieją, bo trudno sobie wyobrazić, że ktoś przepuściłby taką okazję. Słowem – trwam w szpagacie między nadzieją a podejrzeniem, że miało być pięknie, a będzie jak zawsze.

Ikona notki z pixabay.com.

31 KOMENTARZE

  1. Jeśli ten elementarz jest tak beznadziejny, to jestem za zmianą, ale mam wątpliwości co do:
    – klucza wyboru nowych podręczników, czy wybrana opcja będzie jedyna słuszna?
    – cykl produkcji dobrego podręcznika trwa wiele miesięcy, co proponują dla dzieci od września? Nawet jeśli wydawcy mają stare podręczniki, to przecież zmieniła się podstawa programowa.

    • No, już wiemy – z linka w komentarzu @dzieciologia – że Elementarz będzie jednym z podręczników do wyboru. Ekhm.
      Cykl produkcji faktycznie trwa, na rynku istnieją jednak i funkcjonują w szkołach podręczniki „konkurencyjne” wobec elementarza. Inaczej mówiąc są szkoły, które na Elementarzu nie pracowały, tylko na czymś innym. Coś więc jest i niekoniecznie oznacza to mus natychmiastowej produkcji.
      Tak w ogóle Elementarz powstawał w tempie kosmicznym i efekty widać…

      • A jako ciekawostka – na 3 klasę wybrałam ćwiczenia nieskorelowane z menowskim bublem, takie, które w jednej książce mają i ćwiczenia, i podręcznik. Będą więc 3 książkoćwiczenia polonistyczno – przyrodnicze, i 2 matematyczne. Oczywiście otrzymamy to w ramach dotacji. Menowski też w szkole będzie, ale – mam teraz swobodę – mogę skorzystać lub olać. Tematy sobie swoje zaplanuję. Nie da się pracować nie znając, nie wiedząc jaki materiał będzie. To chore. I tym dzieciakom, które są w 2 klasie teraz – zrobiono ogromną krzywdę, takim rzucaniem podręcznika (i dotowanych ćwiczeń – bo skoro nikt nie widzi podręcznika dalej, niż na kilka mcy naprzód, nie mówiąc o całym 3letnim cyklu – to ćwiczeń też nie można zrobić). Nie da się planować pracy bez wiedzy, co proponują książki.

  2. Krusz, sorki, ale muszę się przejechać, bo pęknę. Twoje dziecko jest o rok starsze, niż przewiduje podstawa programowa dla klasy pierwszej, więc zarzuty dotyczące wolnego wprowadzania cyfr nie są chyba do końca w porządku, nie sądzisz?

    Zarzuty odnośnie angielskiego popieram, aż trudno uwierzyć! Sęk w tym, że tu winę ponosi chyba raczej nauczyciel, bo to on pracuje na danym podręczniku i on decyduje co i kiedy z dziećmi przerobi nawet, jeśli konkretną książkę narzucił np. dyrektor.

    Wybór między 3-ma podręcznikami popieram, acz nie bardzo widzę wersję z pozostawieniem elementarza MEN-owskiego jako jednej z wersji, skoro wrócił nam do szkół siedmiolatek. Natomiast tu rozpisałabym przetarg i narzuciła wydawcom maksymalną cenę podręcznika, który ma być brany pod uwagę, bo ceny, których oczekują są chore. I koniec z pakietami, pakiecikami, teścikami, konspektami lekcji i innymi „wspomagaczami pedagoga”. Kurza gęba, gdzie, powiedzcie mi, nasi PRL-owscy nauczyciele, no gdzie???

    MEN-owskiego mi szkoda, w mojej opinii niezły podręcznik – zwłaszcza część dla klas drugich.

    • Aha. Akurat w naszym kraju poglądy polityczne i szeroko pojęty światopogląd są zwykle zrośnięte jak bliźniaki syjamskie, więc ich wypychanie na margines chyba nie ma sensu, bo i tak nam z niego krzyczą jak czerwone szlaczki polonisty, któren się orta dopatrzył w naszem wypracowaniu ;-P

      • Swoją drogą: ciekawe, nie sądzisz? Znajdź mi inny kraj w którym ktoś powie 2 zdania na tematy ogólnospołeczne typu szkolnictwo, służba zdrowia, rodzina i w ciemno można strzelać, jakie frakcje popiera 🙂

        • Chyba wszędzie tak jest. Społeczeństwa i partie się spolaryzowały i wiadomo, że jak ktoś jest za wycofaniem religii ze szkół to popiera lewice, jak za zaostrzeniem prawa pracy to najczesciej prawice (zalezy od kraju). Na szczęście wszyscy zwykli ludzie niezależnie od opcji chcą tego samego dla swoich dzieci: żłobków, dobrych lekarzy, przyjaznych szkół przygotowujących do startu w dorosłość. Kłócą sie tylko na temat sposobu w jaki to osiągnąć i wszędzie partie chcą na ludzkich potrzebach coś ugrać. Polska nie jest wyjątkiem.

    • „Krusz, sorki, ale muszę się przejechać, bo pęknę. Twoje dziecko jest o rok starsze, niż przewiduje podstawa programowa dla klasy pierwszej, więc zarzuty dotyczące wolnego wprowadzania cyfr nie są chyba do końca w porządku, nie sądzisz?”

      Nie, nie sądzę. Bo napisałam, że najpierw jest bardzo wolne, a potem gonią jak wściekli, zauważyłaś?

      • Podstawa programowa dla 6 i 7 latka jest taka sama, to primo. I zarówno 6 jak i 7 latek potrafią te cyferki ogarnąć szybciej, więc tu też się zgadzam. Podręcznika nienawidzę jak nie powiem czego, bo chyba nie ma niczego podobnego.
        Po drugie primo angielski – i tu się wypowiem, bo WIEM. Podręcznik jest po to, żeby dzieci prowadzić, a nie zniechęcać. Trzeba się nim posługiwać umiejętnie, ja z moimi nigdy nie miałam problemu. Podaj tytuł podręcznika, zgłoś się do koleżanki i po problemie. Szkoda tylko, że nie pomyślałaś o tym wcześniej, ciocia Agnieszka wszystko by wytłumaczyło i by się dziecko nie zniechęciło, a tak to tylko smuteczek 🙁

        • Ach, widzisz, żebym to ja potrafiła w porę wyłapać problem. Rzecz była w tym, że przez pewien czas nauczyciela nie było, zmienił się w trakcie roku i to też wprowadziło dodatkowe zamieszanie.
          No to się do cioci Agnieszki uśmiechniemy, he he 😉
          Podręcznik to Young Treetops. Może on i jest świetny i rewelacyjny, tylko ja go nie doceniam. Zdecydowanie jednak nie idzie w parze z nauczaniem polskich literek. A hitem hitów jest zadanie w stylu literowego „sudoku”, czyli kwadrat zapełniony literami, z którego trzeba wychwycić nazwy wyrazów angielskich, których rysunki zostały umieszczone dookoła. I mamy marchewkę, kanapki, butelkę, ciastka itp.
          Tylko tak: po pierwsze same te rysunki nie zostały podpisane i owszem, widzimy marchewki, ale carrots w diagramie już nie, bo… bo nie mamy pojęcia, jak to się pisze. Druga rzecz, jest rysunek butelki i okazuje się, że prawidłowym rozwiązaniem jest water. A dlaczego nie bottle albo milk? Też pięknie pasuje. Rysunki wprowadzające w błąd, zadanie przekraczające możliwości siedmiolatka. Dla mnie dramat. Robiłam za dziecko. Sorry, taka prawda.

          • Ależ wcale „sorrować” nie musisz, takie kwiatki (zadania znaczy) też się zdarzają. Powtórzę jednak raz jeszcze – podręcznik prowadzi nauczyciel. To on decyduje, co z nim zrobić. Może trzeba było to zadanie zrobić w klasie, gdzie na tablicy byłyby napisane wyrazy, może każde dziecko powinno dostać karteczkę z wyrazem i znaleźć właśnie ten jeden, a potem by się zamieniali (to też w formie zabawy przy okazji)- no nie wiem, ćwiczenia na oczy nie widziałam, wymyślam na poczekaniu. Także widzisz – da się. Podręcznik jest podstawą, ale to tylko pomoc. Ja osobiście poza podręcznikiem konstruuję dzieciakom mnóstwo zadań, a jak jakieś zadanie w podręczniku uważam za głupawe albo nieodpowiednie to po prostu olewam – ot co.
            Dodam jeszcze coś może poza tym wątkiem, bo mnie uderzyło, jak napisałaś : „Zdanie rodziców to generalnie mnie zwisa, ale myślę sobie, że jeśli od początku jasno byłyby określone zasady, to protestów by nie było. ” Zwykle znajdzie się jeden z drugim, który protesty tak czy inaczej zgłosi. Ludzie są różni. Natomiast jest ta podstawa programowa i do niej można się odnosić. A tam jak wół stoi (i chyba to jest jedyne, co mi się w tej podstawie podoba): „Wspomaganie dzieci w porozumiewaniu się z osobami, które mówią innym językiem. Uczeń kończący klasę I:
            1) rozumie proste polecenia i właściwie na nie reaguje;
            2) nazywa obiekty w najbliższym otoczeniu;
            3) recytuje wierszyki i rymowanki, śpiewa piosenki z repertuaru dziecięcego;
            4) rozumie sens opowiedzianych historyjek, gdy są wspierane obrazkami,
            gestami, przedmiotami.” Także żadnego pisania nie przewidziano. Podręczniki są tak skonstruowane, a nie inaczej, bo siedmiolatek na to pisanie ogólnie rzecz biorąc jest gotowy, ale to zależy od klasy indywidualnie. I raz jeszcze z uporem maniaka powtórzę – to nauczyciel kieruje podręcznikiem, a nie podręcznik nauczycielem.

    • Ja jestem mamą sześciolatki, która jest w pierwszej klasie, i się z Kruszyzną zgadzam odnośnie matematyki. Tempo jest żółwie i zakłada, że 6-latek to imbecyl matematyczny, a większość z nich doskonale dodaje i odejmuję w skali od 1 do 10 (na konretach), a czasami i dalej. Wystarczy usystematyzować, utrwalić tę wiedzę i wprowadzić zapis liczb. A z literami jest na odwrót, co i tak nie umożliwia wprowadzenia wszystkich liter w pierwszym półroczu.

  3. Byle nie trzeba było co rok zamawiać nowych, bo co rok to inne wydanie obowiązuje, nawet tego samego podręcznika. Przechdziliśmy przez to kilka razy przy okazji zestawu do matmy. Ta sama treść, tyle że na innych stronach i drobne różnice w danych liczbowych w zadaniach (np. zamiast 0,3 jest 0,4). Miejmy nadzieję, że to się nie powtórzy i MEN bedzie sie trzymało jednej wersji wydarzeń.

  4. Zszokowalo mnie, ze chcesz juz dziecko posylac na korki z angola, moze cos zle doczytalam. Pewnie tak, wracam z wariatkowa, ktore nazywam robota. No chyba tak nie od razu te korki, tak niesmialo zapytowywuje. Bo na mojego dziecka znajomosc angielskiego to ja na razie leje prostym sikiem, chlopak ma 8 lat i cale zycie przed soba. A wiem, ze pewnego dnia przycisne go, zainteresuje i bedzie skok rozwojowy. Tak, jak z matematyka 🙂

    • Nie chodzi o ładowanie wiedzy, tylko osłabienie niechęci, której już nabrało. Bo się zraziło już z pierwszej klasie. I nie korki, bo czasy się zmieniły i jest bardzo wiele ofert nauki przez zabawę, gry, grupowe spotkania itp. Zabawa, luźne zajęcia, żeby zachęcić. Co Cię szokuje?

      • O nie, drugim jezykiem obcym mojego syna jest arabski, trzecim portugalski 🙂 Pierwszym jezykiem obcym jest polski. Angielski jest na okolo dziesiatej pozycji lekko liczac.
        Co mnie szokuje? Tylko slowo „korki” w odniesieniu do osmiolatka. Uspokoilas mnie piszac o tej zabawie i luznych zajeciach 🙂

  5. Moja mama uczy w klasach 1-3 i zdanie na temat podręczników ma bardzo podobne – też słyszałam od niej, że chaos jest, że gonić trzeba z niektórymi kwestiami, a matma jest na niższym poziomie niż podstawa programowa zwykle zakładała. Całe szczęście, że mama jest nauczycielem z trzydziestoparoletnim stażem i wie, jak zmodyfikować nieco program i co dokładnie zmienić, żeby dzieciaki ogarnęły temat, ale co mają zrobić pedagodzy świeżo po studiach lub z niewielkim stażem – załamać ręce czy wypruwać żyły? 😉

  6. Moje starsze dziecko kończy właśnie 6 kl podstawówki , wiec mam szeroki pogląd na różne podręczniki .To co w nich się dzieje to jest masakra , wiec jeszcze nie jedno cie zadziwi , wierz mi .I rzeczywiście obecna szkoła nie uczy tak naprawdę niczego , oprócz tego żeby działać zgodnie z kluczem. A matematyka teraz to dno totalne .

  7. A jaki to podręcznik z angielskiego był;)? I serio nie widzę opcji dostosowania podręcznika, do wprowadzania literek polskich, można ewentualnie nie wprowadzać czytania i pisania w ogóle w 1 klasie na angielskim, ale wtedy od razu rodzice pokrzyczą, że cały rok stracony, bo dzieci tylko kolorują 🙂

    • No ale po co w pierwszej klasie tłuc meandry angielskiej pisowni? Lepiej byłoby po prostu wsłuchać się w język, samo gadanie. A w drugiej klasie – proszę bardzo, piszmy sobie do upojenia 🙂
      Zdanie rodziców to generalnie mnie zwisa, ale myślę sobie, że jeśli od początku jasno byłyby określone zasady, to protestów by nie było. Trzeba tylko powiedzieć, drodzy państwo, w klasie pierwszej uczymy języka tak i tak, kropka.

  8. Małe sprostowanie – albowiem wyczytałam ostatnio takie coś odnośnie podręczników:

    Cytuję: „w sposób oczywisty nie można powiedzieć, że oto wyrzucamy podręcznik do kosza. Nikt, kto gospodaruje publicznymi pieniędzmi, nie może takich rzeczy zrobić. W związku z tym „Nasz elementarz” będzie jednym z trzech do wyboru – oświadczyła minister edukacji.” a źródło tegoż tutaj: http://fakty.interia.pl/polska/news-minister-edukacji-beda-trzy-podreczniki-do-wyboru,nId,2207334#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

    Kolejna rzecz – owszem, menowski podręcznik to bubel nad buble (Krusz, nie pocieszę – w klasie 2 tempo jest szybsze od światła, a burdel większy, niż na wysypisku…), natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by pewne rzeczy modyfikować lub olać. Albowiem nauczyciel nie realizuje podręcznika, tylko podstawę programową. Dlatego w klasie 1 wprowadzałam liczby szybciej, niż wskazywał podręcznik (a, bo nawet taka pierdoła – dodawanie i odejmowanie chyba dopiero przy wprowadzaniu cyfry 5 było – więc siłą rzeczy zrobiłam to wcześniej), a teraz w 2 niektóre idiotyczne tematy olałam zupełnie.
    Dodatkowo – ten podręcznik praktycznie nie pozostawia czasu na lektury. Są jakieś strzępki wrzucone tylko, typu fragment „Brzydkiego kaczątka” czy jakaś legenda we fragmentach. Chcąc omówić coś ciekawego do czytania – musowo trzeba łączyć lub wywalać tematy.
    Za kilka dni mam temat „Jak zrobić papier?” – ok, jakoś to ogarnę, aczkolwiek w tworzenie papieru bawić się nie będę, ale książka to zaleca. I teraz sobie wyobraźcie – jak ktoś ma klasę blisko 30 osobową (bo i takie są), jak to ma zrobić? 😀
    Albo np. teraz były 2 tematy, praktycznie identyczne, dzień po dniu: „Uczucia” i „Co czujemy?” – klękajcie, narody… 😀 Albo całkowicie osobny dzień/temat typu „Doświadczenia z wodą”. Owszem, doświadczenia są super, ale założenie, że dziecko przez cały dzień będzie je wykonywać – co najmniej dziwne.

  9. „…sposób jej podawania automatycznie zakłada, że drugie tyle roboty rodzic odwali z dzieciakiem w domu.”

    Haha no to szkoła moich dzieci się zdziwi, bo ja i mój mąż nie zamierzamy nawet małego paluszka przykładać do zadań domowych. Albo dziecko umie coś zrobić, bo nauczyciel nauczył, albo nie.

    Dla tych, co się na mnie rzucą: pracowałam 8 lat w szkole (zakończyłam, Bogu dziękować, trzy lata temu), nauczając cztery przedmioty (jednocześnie). Nigdy nie zadałam zadania, które musiałby rozwiązywać z dzieckiem rodzic. A uczyłam od zerówki po klasy maturalne.

  10. Jak dobrze, że moje dziecko dopiero pierwszy rok w przedszkolu, mam jeszcze czas na ten bałagan delikatnie mówiąc. miejmy nadzieję, że cuda się zdarzają i w końcu ktoś mądry będzie rządził i myślał. HIHI sama w to nie wierzę, ale kurcze edukacja obok zdrowia jest chyba najważniejsza!! Strach się bać!

  11. Dziecko moje idzie do szkoły w tym roku i już nie wiem, czy w końcu będzie miało ten ministerialny podręcznik, czy co innego, i czy nie zwariuję, zanim się dowiem.
    Idea darmowych podręczników jest świetna, cudowna, tylko podręcznik pisany na siodełku traktora to chyba nie najlepszy środek do celu.

    Krusz, mam do Ciebie interes, pytanie znaczy, blogowe, napiszę maila, jeśli pozwolisz 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here