Zacznę od podziękowań, tych nigdy dość 🙂 Mam koleżankę, z którą znamy się jeszcze z grupy dyskusyjnej pl.rec.uroda. Dinozaury wią, gimby nie znajo. Dawno, dawno temu, kiedy nie było Facebooka (tak, tak, kiedyś nie było Facebooka, szok i niedowierzanie), a nawet nie istniały blogi (lub dopiero zaczynały raczkować), miejscem spotkań, wymiany opinii i po prostu krwawych nawalanek słownych były grupy dyskusyjne. Z tamtego czasu do dzisiaj mam znajomości, a to, proszę ja was, prawie szesnaście lat. Szesnaście.

Kilka osób z tamtych czasów regularnie tu zagląda, niezły bajer, no nie? No więc z pl.rec.uroda znam przewspaniałą osobę, z którą raz po raz wymieniamy się kosmetykami. Coś kupimy, sprawdzimy i podsyłamy tej drugiej, żeby też sprawdziła. Tak, dobrze myślicie, od kilkunastu lat tak jest. Grubo, prawda? 😉 To właśnie dzięki niej miałam okazję przetestować sporą ilość podkładów, pudrów, pomadek, balsamów, kremów i innych dóbr. I teraz kłaniam się w pas, zwykłe „dziękuję” to stanowczo za mało.

Podkłady i pomadka, które są bohaterkami dzisiejszej notki, miałam okazję sprawdzić właśnie dzięki niej. No dobra, skoro wstęp mamy już za sobą, to jedziem. Coś, co wpadło mi w łapy, warto poznać i okazało się zaskoczeniem. Czy pozytywnym? Zobaczmy.

Lovely Matte Define – wypiekany puder matujący (około 10 zł)

Z firmą Lovely powoli zaczynam się zaprzyjaźniać i co rusz odkrywam nieznane twarze znanej twarzy, że tak wjadę na pseudopsychologię. Zaskoczył mnie puder rozświetlający, a skoro wziął i się niecnie skończył puder matujący Catrice, zainwestowałam w wypiekany puder matujący właśnie Lovely. I co? I trwam w szpagacie, z jednej strony mam klaskaniem obrzękłą prawicę, kiedy z drugiej lewica próbuje to i owo wygwizdać na palcach.

lovely

Zacznijmy od zalet – wydajny jak szatan, jakby wypiekany był w samych kotłach piekielnych. Skończy się zapewne wraz z moim przejściem na emeryturę (której raczej nie będzie, niech żyje ZUS). Rzeczywiście matuje i choć efekt ustaje po kilku godzinach, to jednak umówmy się, siary nie ma. Jeśli machnę się w południe, a lico potrzebuje poprawki około osiemnastej, to uważam, że nie ma się czego czepiać. A cerę mam tłustą.

Cena – kolejna rzecz. Puder kosztował mnie coś około 10 zł i w relacji do jakości i wydajności (o ilości nie wspominając) zapisuje się to bardzo korzystnie. Coś, co mnie wybitnie zaskoczyło – wstrząsoodporność. W wirze przedpracowych się zbierań upuściłam puder na ziemię i on, owszem, skruszył się, ale większa jego część ocalała (on nie jest płaski w pudełku, tylko taki wypukły), ale nadal świetnie sobie radzi. I nadal nie kruszy się podczas maziania pędzlem.lovely2

To jakieś wady by się przydały, co nie? No więc niestety nie jest transparentny i do tego jest bardzo, bardzo jasny. Należę do gatunku bladawców, a i tak kiedy go nałożę na jaśniejszy niż zwykle podkład, sprawiam wrażenie, jakbym spędziła urlop w chłodni. Na podkładach „normalnych”, potrafi się odznaczać jasnymi smugami. Nie o take puder walczyłam. Być może istnieje wersja dla ciemniejszej cery, nie sprawdzałam, ale tę polecam wyłącznie bladym twarzom, w podkładach niewychodzącym poza granice „ivory”.lovely3

Bourjois Air Mat – podkład matujący (około 37 zł)

Do podkładów Bourjois podchodziłam jak pies do jeża, bo kiedyś zaliczyłam rozczarowującą wpadkę, a że do najtańszych marka nie należy, to i ból finansowy był raczej z tych dojmujących. Jednak dzięki właśnie mojej kumpeli, która podesłała mi krem 123 Perfect CC od Bourjois, zaczęłam łypać łaskawszym oczkiem (o łypaniu pisałam wcześniej – tędy, tędy). I choć pewna taka nieśmiałość utrzymuje się nadal, to pozytywne zaskoczenie trwa.

Air Mat ma napisane wołami, że w ogóle matuje. I matuje jak jasna cholera, matuje wręcz piekielnie. Jest w tym świetny, bez dwóch zdań. Świetnie się rozprowadza, aksamitny jest w kontakcie organoleptycznym, a na dodatek pięknie pachnie. I nie podrażnia ani nie uczula, serio, serio. Rozważałabym akces do chórów anielskich w celu generowania pień pochwalnych, gdyby nie jedno ALE.

air_mat_bourjois2

Po kilku godzinach niestety brzydko zbiera się w porach. Posiadaczki cery podobnej do mnie znają to uczucie. Patrzysz w lustro i widzisz skórę usianą jaśniejszymi kraterami, w których zgromadził się podkład jak woda po deszczu w kałużach, podczas gdy na reszcie powierzchni twarzy niewiele go zostało. No więc on właśnie tak u mnie ma. Łzy rzęsiste na me lico! Szaty rozdzieram! Z rozpaczy chyba coś sobie kupię 😉

air_mat_bourjois

Mam odcień ivory rose i tu Bourjois zaskoczył mnie podwójnie. Po pierwsze wcale nie jest rose, tylko mocno beige (ale to dla mnie plus). Po drugie wcale nie jest taki jasny, co w przypadku tej marki jest zaskakujące. Jeśli biorę coś ivory i jest to przypadkiem Bourjois, to mam gwarancję, że będzie jasne jak diabły. Miałam. Do teraz. Dla jednych może być to zaleta, dla drugich wada.

Czy polecam? Jeśli ktoś nie ma kraterów jak ja, a potrzebuje dobrze kryjącego, matującego podkładu – tak, polecam. Znam jednak podkłady, które z moim problemem radzą sobie znacznie lepiej. Na przykład ten, o którym poniżej.

Bourjois City Radiance

city_radiance_bourjois

To podkład specjalnie dla mieszczuchów i korpoludków spędzających życie w klimatyzowanych pomieszczeniach, wśród spalin, hałasu zbiorkomu, kurzu, oświetlenia jarzeniówkowego i wszystkiego, co wiąże się z miastem. Ma chronić i rozświetlać. I wiecie co? Chroni i rozświetla.

Szok i niedowierzanie, jaki to fajny podkład jest! Również bardzo ładnie pachnie (choć to akurat pikuś), ma filtry SPF 30, trzyma się cały dzień (przynajmniej na czas pracy, a o to przecież chodzi), no i bardzo dobrze się rozprowadza. Jest jasny – mam ivory rose i to jest faktycznie typowo „burżujskie” ivory rose, na granicy zajasności u mnie, a to jest wyczyn, wierzcie mi.

Jakieś wady, żeby może nie było zbyt rose 😉 Wymaga matowania. Jest przeuroczy, jednak zaczynam się świecić jak psu to i owo, a czuję się nieszczególnie komfortowo, świecąc światłem odbitym nie gorzej niż księżyc. Czy polecam? Właścicielkom cery suchej i normalnej – jak najbardziej, powinnyście być zadowolone. Właścicielki cery tłustej powinny sobie zakup przemyśleć.

Pomadka Essence

Firmę Essence tak jak Catrice (a to ten sam koncern, tylko dwa różne wcielenia) kocham, lubię, szanuję. Ceny w zasięgu mojego portfela jakość naprawdę niejednokrotnie zaskakująca. Na plus zaskakująca. Po pomadki Essence warto sięgnąć, są godne uwagi.

pomadka_cosnova3

Ta, którą mam, jest delikatna, nawilżająca, w połowie transparentna, czyli taka jak lubię. Świetna dla kogoś, kto maluje się w trakcie cwału na przystanek i to jeszcze rozmawiając przez telefon. Można rach-ciach maźnąć się nie widząc i nikt postronny, popadłszy w stupor, nie skończy na latarni. Kolor wydaje się intensywny, ale nie dajcie się zwieść pozorom.

pomadka_cosnova2

Nie pokażę wam go na uściech mech, gdyż albowiem nie nadają się one do publikacji. Dłoń musi wam wystarczyć. Tu dygresja – ktoś kiedyś wyraził głęboką troskę z racji brązowych plamek na mojej skórze i zalecił zatroszczyć się o wątrobę. Uprzedzam komentarze – najnowsze badania donoszą, że z moją wątrobą jest wszystko w najlepszym porządku, co mnie zresztą niepomiernie dziwi ze względu na, ekhm, prowadzony styl życia. Istnieją jednak w społeczeństwie jednostki piegowate, u których piegi nie kończą się na twarzy. To właśnie ja. Nieprawdopodobne, że kiedyś to był mój kompleks. Człowiek to jednak durny jest.

pomadka_cosnova

Żel pod prysznic Seyo

Opuszczamy na chwilę rejony makeupowe i kierujemy się ku higienie jako takiej. Żel pod prysznic w zabójczej cenie 5,90 lub nawet 4,90 za 400 ml namierzyłam w aptece DOZ. Zupełnie nie po niego szłam, ale tak jakoś westchnął tęsknie z półki, łypnął tą malinką i uznałam, że trzy czwarte butelki obecnego płynu to stan wskazujący na rychłe wykończenie, czas więc zaopatrzyć się w następny. Co za zaskoczenie? Tyle dobra za grosze! Cena była promocyjna, nie wiem, jaka jest teraz, ale gorąco polecam.  Dzieci mi mówią, że pachnę „do schrupania” i och, och, kocham was, moje dzieci 🙂

seyo

Poczwórne cienie do powiek Avon

No dobra, czas oddać hołd i cześć najlepszym cieniom na tej planecie, a przynajmniej jednym z najlepszych, jakie przewinęły się przez moje łapska. Jeden z najbardziej udanych produktów firmy Avon. Miałam chyba miliard kompletów, część z nich nie występuje już w ofercie, zostawiłam sobie trzy, resztę oddałam mojej koleżance od wymian kosmetycznych. Na zdjęciu dwa najczęściej używane przeze mnie komplety Stone Taupes i Berry Love.

cienie_avon

Różna jest jakość różnych kompletów (np. Urban Skyline nie urywa, bo upierdliwie się osypuje podczas nakładania), ale globalnie, całościowo Avon wymiata. Kapitalnie skomponowane paletki, kolory, które bez bazy potrafią trzymać się baaardzo długo. Nie kruszą się, nie osypują, aplikatory są nie do zdarcia – słowem, cuda na kiju. Kiedyś były okrągłe, nie kwadratowe i okrągłe były jeszcze lepsze (został mi jeszcze jeden komplet).

avon_cienie

Fotka ze strony www.avon.pl

Jeśli szukacie cieni do powiek, gorąco polecam. Jest i coś dla lubiących makijaż dyskretny (Stone Taupes takie są, bardzo delikatne brązy i beże) i coś dla lubiących zaszaleć (Purple Haze – bardzo intensywne fiolety, Emerald Cut – trochę brzoskwiniowych i mocnej butelkowej zieleni – tak, tak, miałam oczywiście). Mój must have makijażowy i walczę z przemożną chęcią upłynnienia kasy, bo ponoć nowe komplety się pokazały.

Avon bywa nieprzewidywalny. Można się natknąć zarówno na obezwładniający badziew, jak i na rzeczy genialne i poczwórne cienie należą do tych drugich. Szał ciał i uprzęży. No, i tyle ode mnie. Ahoj!

6 KOMENTARZE

  1. Kupiłam to 123 perfect CC creme od bourjois ( skok w bok, przykro mi, maybelline) i chodzę od lustra do lustra i patrzę na siebie, i nacieszyć się nie mogę 🙂

  2. A pl.rece pamiętam jeszcze. W owym czasie byłam w pl.rec.foto. Kto by pomyślał, że można się tak za kudły szarpać o lepszą porę dnia na robienie zdjęć…

    • A jak na pl.rec.kuchnia można się było pożreć (nomen omen) o smalec albo bigos! A z pl.rec.zwierzaki do dzisiaj pamiętam bitwę o żwirek dla kota. Krew się lała strumieniami, kilometry flejmów, w których udzielali się sami eksperci. A na pl.soc.dzieci wchodzili tylko najodważniejsi. Dzieci wtedy nie miałam, to weszłam raz. Potem tego błędu nie powtórzyłam 🙂

  3. o tak, cienie z avonu są super, szkoda że tak późno do nich dotarłam. mam w odcieniach zieleni (emerald cut). nie wycierają się ani nie odbijają się – więc jestem spokojna kiedy moja dzidka się mocno przytuli, to moje oko nie zrobi jej pieczątki.

Odpowiedz