Alleluja! Stała się światłość! Już wiadomo, dlaczego dla Polek poród, zwłaszcza poród pierwszego dziecka, niekoniecznie oznacza wspomnienia, do których powracałyby sobie w wolnych chwilach przy herbatce i przewracały ze wzruszenia oczętami maślanymi ze szczęścia. Już wiadomo, dlaczego na horror stories ciągle jeszcze nie tak rzadko jedyną reakcją jest „Jezu, to o mnie”. Oto zwiastuję wam radość wielką, byście nie trwali w niedoinformowaniu. Ukazał się bowiem raport Najwyższej Izby Kontroli na temat poziomu opieki medycznej i świadczenia usług – nazwijmy je – okołoporodowych. Już więc wiadomo. NIK skontrolowała 29 szpitali i zadał kilka pytań (no, upraszczam, wiele pytań zadał). Zarówno odpowiedzi personelu medycznego, jak i konkluzje NIK wprawiły mnie w lekki stupor.

A babkom na polu stanowcze nie

Dlaczego w Polsce rodzi się źle? Ale stop, umówmy się najpierw na coś: rodzi się źle i nie ma sensu zaklinanie rzeczywistości. Oczywiście nikt nie mówi o wrzucaniu wszystkich placówek do jednego wora, bo znajdą się głosy (i życzę sobie i wam, by było ich jak najwięcej), które właśnie z tym rozrzewnieniem i przy tej herbatce to wspominanie porodów. Daj wam, Boże, wszystkie takie mieć, ale pero, pero, bilans wcale na zero nie wychodzi. Wychodzi na minus.

Od razu też staję okoniem wobec głosów, że nie przesadzajmy, że w dupach (w macicach?) się poprzewracało, że przecież nasze babki to na pole szły i rodziły, a potem wracały do zbierania ziemniaków i jakoś żyły. Tak, babki tak rodziły, bo innego wyjścia nie miały, ale w XXI wieku ten argument mocno ssie. Bo my wyjście mamy i TEORETYCZNIE mamy masę okołoporodowych możliwości. Podejście minimalistyczne w stylu „no sorry, nie wymagajmy” jest, drodzy państwo, z tyłka. Wymagajmy, bo powinniśmy wymagać jako obywatele/obywatelki państwa, które ponoć mieści się w gronie dwudziestu kilku najlepiej rozwiniętych państw na tej planecie.

Anestezjologa przyjmę od zaraz

To co z tym NIKiem? Jakiś czas temu pisałam o tym, że NFZ zmienia wycenę świadczeń porodowych (ach, ten język nie dość giętki), by odwrócić trend procesarkowy. NFZ zadecydował więc, że do porodu siłami natury dopłaci ekstra, jeśli kobieta skorzysta ze znieczulenia zewnątrzoponowego, tak by szpitalowi bardziej się to opłacało niż wykonanie cesarki. Bo słusznie NFZ zauważył, że wzrastająca ilość porodów przez cc wynika z wyceny tychże. Są intratne, a szpitale – niejednokrotnie zadłużone po uszy – potrzebują intratnych świadczeń. Co się zmieniło od czasu wprowadzenia tych regulacji przez NFZ? Bingo! Ilość cesarek WZROSŁA! Ale jak to? Och, to bardzo proste.

NIK w swoim raporcie słusznie zwrócił uwagę na to, że przyczyną jest niedostatek ilościowy kadry medycznej. Konkretnie anestezjologów. Okazało się, że w wielu skontrolowanych szpitalach jeden (słownie: JEDEN) anestezjolog obsługiwał porodówkę, chirurgię i intensywną terapię. JEDEN. Ale uwaga, uwaga! To jest ZGODNE z przepisami, proszę państwa. Nikt tu nie łamie prawa. Kwestia, czy to jest bezpieczne, to inna sprawa. I teraz jeśli rodzi pięć kobiet na raz (wcale nie takie rzadkie zjawisko), a na intensywnej ratują kogoś z obrzękiem mózgu i otwierają czaszkę, to gdzie ten anestezjolog pójdzie? No nie na porodówkę przecież, prawda? To jedna z przyczyn, dla której tyle kobiet jest zmuszanych do porodu bez znieczulenia, choć według przepisów mają je mieć zagwarantowane i to za darmo. Teoria sobie, życie sobie.

No to przyjmijmy tych anestezjologów, w czym problem! Problem, jak wskazuje NIK, jest w tym, że – jakby to ująć? – ze zrealizowanych świadczeń szpital nie uzbiera tylu funduszy, bo móc sobie pozwolić na zwiększenie kadry lekarzy tej specjalności. Tak się dzieje w przypadku niewielkich placówek, które nie przyjmują tylu porodów co molochy. Błędne koło.

Kwestia dostępności anestezjologów to jedno, ale nie tylko to wpływa na bezpieczeństwo rodzących.

Dyżur, dyżur, dyżur, dyżur, dyżur

Druga sprawa to czas pracy samych lekarzy. Rekordziści, jak wynika z raportu, nieprzerwanie byli w pracy 151 godzin. Kilka dni! I jak to? Nikt tak nie reagował? Co na to dyrekcja?! I tutaj, wyobraźcie sobie, wszystko w majestacie prawa, bo ograniczenia czasu pracy dotyczą lekarzy zatrudnianych na etatach. Nie obejmują natomiast zatrudnianych na podstawie umów cywilnoprawnych. Czyli lekarz prowadzący działalność gospodarczą i podpisujący ze szpitalem umowę współpracy może zawstydzać Stachanowa i wszystko jest w porządku. W jaki sposób przyjmuje poród lekarz po 80 czy 100 godzinach dyżuru? Nie chcę wiedzieć.

Schizofrenia przepisowa

Oczywiście, że są wymagania, ależ owszem. NFZ wyznacza normy, które mają być spełnione, ale jednocześnie przepisy dają możliwość wielu odstępstw i – co jest stosowane, jak wykazała NIK – przeciągania sprawy, ile tylko się da. Nie ma więc zintegrowanych działań. Za wyznaczaniem norm nie idzie zmiana prawa, dlatego też wiele szpitali norm nie spełnia. Bo mogą. Żeby więc nastąpiły realne zmiany w służbie zdrowia, należałoby zmienić przepisy tak, by odpowiadały wyznaczonym normom.

Ach, ta edukacja

Wróćmy jeszcze do kwestii cesarek. W 2015 roku drogą cesarskiego cięcia zakończyło się w Polsce 42% porodów. Prawie połowa. Szpitale wskazują przyczynę:

Przyczyną tak dużej liczby cesarskich cięć w Polsce, według ordynatorów kontrolowanych oddziałów położniczych, może być m.in. niewiedza pacjentek na temat możliwych negatywnych następstwach takiego zabiegu oraz strach przed porodem naturalnym.

Z całym szacunkiem, ale czy na pewno za ponad 40% cesarskich cięć stoi niewiedza pacjentek? To niezwykle wygodny argument. Jakiś czas temu przeprowadziłam sondę, na podstawie której wśród osób rodzących przez cc wskazać można było przyczyny różniste, ale brak wiedzy do głównych akurat nie należał. Czyli co? Durne baby tak prą na te cesarki, a my przecież biedni nie możemy się obronić przed tym zmasowanym atakiem? Ejże.

Wnioski NIK

To jest ta część raportu, która zaskoczyła mnie nie mniej niż wcześniej wskazane problemy. Co zaleca NIK? Zaleca mianowicie większy akcent położyć na uczestnictwo w szkołach rodzenia, bo one niosą oświaty kaganek. Moim skromnym zdaniem to nie jest rozwiązanie problemu. Obowiązkowe mają być czy jak? Skończy się na tym, że co niektórzy zwietrzą niezły biznes, rozmaite szkoły i szkółki będą wyrastać jak po deszczu, sytuacji na porodówkach to nie zmieni, a kolejne pieniądze zostaną przepieprzone w ramach dofinansowania NFZ na coś, co akurat tak wybitnie niezbędne nie jest.

Nie tu zresztą leży problem. NIK zaleca skontrolowanym szpitalom wprowadzenie ograniczeń w pracy lekarzy i zatrudnienie anestezjologów, ale i to, choć może poprawić sytuację, nie przyczyni się do cudownego uzdrowienia. Fundamentalna jest zmiana przepisów i dostosowanie ich do wymagań stawianych przez NFZ i to też NIK podkreśla, ale już widzę to tempo zmian.

Raport NIK znajdziecie tutaj –> klik, klik, klik, a wspomnę jeszcze, że swój głos wyraziła też autorka bloga boskamatka.pl. Bardzo warto jej spojrzenie poznać. Klikajcie.

18 KOMENTARZE

  1. Tekst z babkami na polu to od zawsze mój ulubiony. Kiedyś przecież prało się na tarze lub w rzece, chłop orał pole sam albo wołem czy koniem, po wodę chodziło się do studni, a za lodówkę robiła piwnica lub dziura w ziemi. I można było żyć? To po co człowiekowi postęp?
    Ale same sobie my kobiety z pokolenia na pokolenie samoboja strzelamy, bo np mówiła mi tesciowa lat temu 13, żebym nie narzekała na swój poród (16h i wreszcie cesarka), bo ona miała gorzej… Ale nie da sie ukryć, że są takie, które miały lepiej :/

    • kontynuacją myśli iż kobiety rodziły na polu jest stwierdzenie prostego faktu, że dawniej u kowala czy felczera nie oferowano znieczulenia dentystycznego, podobnie jak wszystkie operacje były wykonywane na żywca. I zaprosić mądre głowy do poddania się najbanalniejszemu zabiegowi chirurgicznemu bez znieczulenia.

        • Tak, ale też wkurza mnie, że starsze pokolenie kobiet mówi młodszemu, że co to nam się w d poprzewracało, że wymagamy znieczulenia. Ona urodziła w latach 70-tych 5-kilowe dziecko bez niczego, to wszystkie inne też mogą, poród musi boleć i takie tam. Jak młode matki mają przepchać swój protest i domagać się swoich praw, skoro nigdzie nie mają oparcia, a już na pewno nie u innych kobiet?

      • Kontynuacją myśli, iż kobiety rodziły na polu jest stwierdzenie faktu, że całkiem sporo z nich, a jeszcze więcej dzieci, umierało. Brały to pod uwagę. Teraz każda śmierć kobiety rodzącej jest wałkowana w mediach przez wiele miesięcy, a i tak okazuje się w końcu, że dałoby się jej uniknąć.
        Ile ze współczesnych kobiet liczy się z tym, że żeby wychowach do dorosłości n dzieci, musi ich urodzić ze dwa razy tyle?

  2. Sama się skomentuję, bo jedna rzecz jest niejasna. Skrót myślowy. Jak pogodzić to, że ilość cesarek wzrosła, ale istnieje niedobór anestezjologów. Ilość cesarek wzrosła, bo nadal bardziej się one opłacają szpitalom. Trwają o wiele krócej niż poród siłami natury z zzo, a wyceniane są tak samo (i znacznie lepiej niż poród bez zzo). Szpitale są więc zainteresowane takim rozwiązaniem.
    Kwestia dostępności anestezjologów to problem, który nakłada się na to zjawisko, ale nie ma prostego przełożenia.
    Zajrzyjcie do podlinkowanego raportu.

  3. Poród bez znieczulenia a po tym jeszcze na żywo łyżeczkowanie. Ponad pół roku minęło a mi nadal śni się po nocach. Ciekawe co by było gdyby zabrakło możliwości znieczulenia do leczenia kanałowego zęba… Oh ale by były protesty! Internet by huczał od głosów oburzenia. Że XXI w a każą ludziom cierpieć! I to cierpieć jakies 20min! Niehumanitarne! Ale gdy kobieta kilka godzin wbija sobie paznokcie w ręce z bólu, gdy z tego bólu wrzeszczy to przecież wystarczy jej rozmowa ze wspierającym psychologiem, który przekona ją, że cierpienie ubogaci (taki pomysł miał rok temu jeden z ministrów)… O opiece okołoporodowej wolę już nie wspominać. Gdy po krwotoku który miał miejsce przy porodzie kładą cię w takim miejscu sali, że aby wezwać położną z basenem w środku nocy (urodziłam po 18ej) musialam budzić kobietę leżąca koło dzwonka…ewentualnie mogłam się wysikać pod siebie. Albo trenować pęcherz (ubogacające). Porody prywatne są horrendalnie drogie, a kliniki owe i tak często wiozą pacjentkę do szpitala gdy dzieje się cokolwiek poza wąskimi normami. Smutne bardzo.

  4. Mój brzuch wielki ratował pańcie ględzące, że dzisiejsze kobiety to takie słabe, kiedyś kobiety były silniejsze. Powiedziała mi to jedna mająca troje dzieci (urodzonych lat temu 25-30), w tym troje wcześniaków (a z ostatnim spędziła 3 miesiące w szpitalu z powodu zatrucia ciążowego). Babcia mi opowiadała, ze jej sąsiadka faktycznie rodziła w polu i wracała do roboty. Pragnę jednak podkreślić, że kiedyś śmiertelność niemowląt była wręcz ogromna. Mamy do tego wracać? Sorry, ja już wolę znieczulenie i cesarkę. Choć przed cesarką broniłam się rękami i nogami. Na salę jadąc płakałam, bo cesarka. Ja chciałam naturalnie! Może nie w polu, ale naturalnie.

  5. Myślę, że coraz większa liczba cesarek nie wynika z niewiedzy kobiet. Wręcz przeciwnie: kobiety wiedzą coraz więcej co może przytrafić się im oraz ich dziecku podczas porodu naturalnego i dlatego robią wszystko, by go uniknąć. Tak było ze mną i dziewczynami w mojej rodzinie. Zewsząd słyszałam opowieści o porodach – horrorach, jak to zarówno ja, jak i moja mama byłyśmy o krok od śmierci podczas jej 25-godzinnego porodu i nie stało się tak tylko dlatego, że salowa przechodziła przypadkiem (!!!) obok sali i zawołała położną („ciśnienie ponad 200 u rodzącej to chyba nie jest dobrze?”).
    Ja wiedziałam i wiem bardzo dobrze, jakie powikłania niesie za sobą cesarka. A jednak zdecydowałam się na nią dwa razy, bo wolę powikłania u mnie, niż urodzić chore lub niepełnosprawne dziecko. Ból bym zniosła, poniżenie też, ale myśl o powierzeniu całej przyszłości moich dzieci i naszej rodziny w rękach osób, którym na niczym nie zależy i którzy nie poniosą żadnej odpowiedzialności była paraliżująca. Może dlatego, że nie znam ŻADNEGO przypadku „dobrego” porodu, nie mam nawet jednej tysięcznej procenta zaufania.
    I jest jeszcze coś: traktowanie na sali operacyjnej wobec tego na porodówce jest o 180 stopni różne. Od początku było: proszę uważać, pomogę PANI (a nie: „ci”) wejść na stół, teraz zrobimy to, teraz tamto, jak się pani czuje, czy boi się pani, czy jest wygodnie, ja cały czas tu będę i czuwam nad panią itp., itd. Wybór raczej oczywisty.

    • Ja słyszałam pewne doniesienia o dobrych porodach. Były to przypadki, kiedy miało się własną położną za te 500, 600 czy tam 1000 zł 😉

      Ale generalnie zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś. Sama jestem cudem żywa – 20h, vacuum, apgar 1 i generalnie przez 2 dni moja mama (która zasadniczo przyszła do szpitala na cesarkę, bo problemy ze wzrokiem i wąska miednica) nie wiedziała, czy w ogóle przeżyłam.
      Mój poród 4 lata temu był niewiele lepszy, tyle tylko, że nade mną po całej nocy ktoś się zlitował i zdecydował o cięciu. Teraz też będzie cięcie i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mnie znów zaciągnął na porodówkę i w imię „rodzić po ludzku – wszystko by uniknąć cesarki” traktował mnie jak przedmiot.

      Pozdrowienia 🙂

  6. W kontekście stwierdzenia „Co zaleca NIK? Zaleca mianowicie większy akcent położyć na uczestnictwo w szkołach rodzenia, (…) rozmaite szkoły i szkółki będą wyrastać jak po deszczu”. Chciałam nieśmiało zaproponować rozwiązanie (problemu). Może kościół temat pociągnie w ramach nauk przedmałżeńskich. O poczęciu nauczają to i rozwiązanie udźwigną. 😉

  7. Serio im się wydaje, że szkoły rodzenia są rozwiązaniem?! Ze wszystkich znanych mi kobiet w moim wieku, tylko jedna przyznała się, że nie chodziła do szkoły rodzenia, ale ona akurat urodziła naturalnie….

    Wielokrotnie zastanawiałam się co poszło nie tak w moim porodzie, że skończył się CC. Moje wnioski:
    a) podawanie oksytocyny bez znieczulenia jest NIEHUMANITARNE. Po prostu.
    b) jeśli już znieczulenia nie można podać to niech przynajmniej będzie obok położna. Moja przyszła dopiero po 2h i pokazała mi jak prawidłowo skakać na piłce i nagle okazało się że może boleć trochę mniej. Szkoda, że na tej jednej podpowiedzi się skończyło. Szkoła rodzenia szkołą rodzenia ale jest taki ból przy którym człowiek zapomina jak się nazywa.

    W zasadzie to tyle.

    • Jeśli oni tak na serio, to idzie się załamać, ale liczę na to, że czegoś nie zrozumiałam. Oczywiście wskazane są też inne kierunki, jak pisałam, ale te szkoły rodzenia mnie rozwaliły.
      Z tą oksytocyną, to raport NIK wykazał, że w kontrolowanych szpitalach podawana była w ponad 50% przypadków. Wielokrotnie zupełnie bezzasadnie. Po prostu z definicji. Przyszła baba do porodu, to hop jej oksy. To też jest osobny problem. Dlaczego tyle oksytocyny? Nie znam się, jam po dwóch cesarkach, ale może po to, by mieć z głowy pacjentkę szybciej?