Bardzo Fajny Gigant – bardzo spielbergowska opowieść o wykluczeniu

5
832

Cholera, siadłam zmotywowana, a słowa się nie kleją. Niby wszystko mam ułożone pod czaszką, wizja tekstu jest, dokładnie wiem, jak chcę go napisać i co w nim zawrzeć, a na dodatek umiem to zrobić, ale mam wrażenie, że kiedy ogarnę całość wzrokiem, i tak dojdę do wniosku, że czegoś mu brakuje. Jakbym się prześlizgnęła niczym ponton po powierzchni wody bez możliwości zanurkowania. Dokładnie tak samo jest z filmem „Bardzo Fajny Gigant”, na który wczoraj zabrałam dziewczyny do kina.

Fabuła jest prosta i do ogarnięcia nawet dla sześciolatka. Jest sobie oto Sophie, która po śmierci rodziców mieszka w londyńskim sierocińcu. Między wierszami dowiadujemy się, że lubi chodzić własnymi drogami i drogi te niekoniecznie pokrywają się z regułami obowiązującymi w placówce, przez co Sophie od czasu do czasu zalicza coś w rodzaju karnego jeżyka. Poza tym czyta książki, siedząc z latarką pod kołdrą i cierpi na bezsenność.

To właśnie bezsenność sprawia, że pewnej nocy spotyka olbrzyma, który przemyka ulicami Londynu, a ten ją porywa, bo… nie ma innego wyjścia, jeśli chce swoje istnienie utrzymać w tajemnicy. Dziewczynka trafia więc do dziwnej krainy i poznaje kogoś, kto z grubsza rzecz ujmując jest tak samo niekompatybilny z resztą świata jak ona, tylko że ma o wiele bardziej przerąbane. Lody powoli topnieją, dwie pokrewne dusze odnajdują wspólny język, nić przyjaźni stopniowo przekształca się w linę okrętową, co w rezultacie ściąga na oboje nie lada kłopoty. Inaczej nie byłoby o czym opowiadać, co nie?

Film wyreżyserował Steven Spielberg i powiem wam, że to jest tak bardzo widoczne, że wręcz wzorcowe. „Bardzo Fajny Gigant” ocieka wręcz „spielbergizmem”, mamy sto procent Spielberga w Spielbergu. Co to oznacza? Z jednej strony świetnie dobraną muzykę, podkreślającą grozę tam, gdzie powinno się to zrobić, i wprowadzającą nostalgiczne nuty, gdy przyjdzie na to pora. Oznacza to też piękne, klimatyczne ujęcia, oniryczną atmosferę, znakomite efekty specjalne, szybkie wciągnięcie widza po uszy w akcję bez zbędnych wstępów, dawkę humoru akurat taką, by chwyty doceniła początkowa podstawówka i skręcała się ze śmiechu oraz… No właśnie, tu pojawia się ALE.

bfg2

Zdjęcie z filmweb.pl

„Spielbergizm” oznacza też zgrane chwyty, które już zdążyły się opatrzyć. Oznacza – jakby to ująć? – wrażenie, że coś zostało masakrycznie spłycone. Niby akcja zaczyna się w Londynie i to w nocy, ale – znów brak mi słów – brytyjskości tam nie uświadczysz, nie ma tego klimatu. Niby Sophie nie jest szczęśliwa w sierocińcu i cierpi, ale jakoś jej nie wierzymy, bo tego zwyczajnie nie czuć. Nawet brytyjska królowa jest jakaś taka amerykańska.

Film powstał na podstawie książki, książki niestety nie czytałam, ale odnoszę nieodparte wrażenie, że w niej musi być wszystko „bardziej”. W filmie mamy piękną formę, zgrabną historyjkę i… i niewiele więcej. Czegoś wyraźnie brak. Niby są emocje, ale takie nie do końca. Niby ktoś nam chciał coś przekazać, ale właściwie nie za bardzo wiadomo co, bo niewyraźnie mówił.

bfg

Zdjęcie z filmweb.pl

Czy zabrać na film pięciolatka i młodszych? Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE. To film dla starszych dzieci, zarówno pod względem warstwy językowej i dowcipu słownego (sześciolatki i podstawówka zauważą zabawne próby słowotwórcze olbrzyma, urocze zresztą, ale młodsi nie docenią), jak i pod względem fabuły. Sporo scen potrafi porządnie przestraszyć i moje bały się nie na żarty. Co tu kryć, jednym z głównych problemów Sophie i jej przyjaciela są olbrzymy-ludojady. Ludojady, a konkretnie dzieciojady.

bfg3

Zdjęcie z filmweb.pl

My, dorośli, wiemy, że dziewczynka nie zostanie pożarta, bo byłoby to bez sensu, i oglądamy sobie ze spokojem, ale sześciolatki pękały na poważnie. Film je przerósł. Do scen pełnych grozy dodajmy sugestywną muzykę (znakomicie dopasowaną) i mamy całość. To nie jest kino familijne jak w wydaniu „Szajbusa i pingwinów”, o którym zresztą niedawno pisałam. To kino „spielbergowskie” jak „Jurassic Park”. „Bardzo Fajnego Giganta” naprawdę ogląda się świetnie, ale nie ma co na siłę uszczęśliwiać seansem maluchy.

Czy warto zobaczyć? Oczywiście, że tak. Chociażby dla tych zdjęć, efektów specjalnych i muzyki. Jest na czym oko zawiesić, a wizyta w kinie oznacza przyjemnie spędzone dwie godziny (tak, film trwa prawie dwie godziny, to za długo na maluchy). Jeśli nie spodziewamy się przepastnej głębi treściowej, niuansów do analizowania na potem, dylematów moralnych czy zdrowego potrząśnięcia człowiekiem, to powinniśmy być zadowoleni. No i pokażcie mi dzieciaka, który by nie rżał na scenie śniadania w pałacu królowej 😉

5 KOMENTARZE

  1. Byliśmy na filmie już dwa tygodnie temu. Z dwójką pięciolatków w pełnym składzie rodzinnym (oboje z mężem). I mimo dygnięcia na początku, bo dzieci mam bardzo wrażliwe emocjonalnie, a film był zupełnie inny, niż się spodziewałam, BFG im się bardzo podobał i żarty językowe załapali, nie wszystkie, ale kilka tak. Więc jak ze wszystkim, zależy od dziecka. Plus wreszcie dla mnie to był taki oddech – wreszcie coś innego niż kreskówka. Ja bardzo polecam. Warstwa wizualna mnie urzekła.

  2. Czyli trochę w stylu E.T.? Niewiele pamiętam, ale chyba też można się było przestraszyć, a oprócz tego i wzrusz był, i śmiesznie, i holywoodzko do bólu…

    • Och, E.T. był bez porównania lepszy. Więcej emocji, więcej wszystkiego. Tu wyraźnie odcina kupony od sławy. A zakończenie jest moim zdaniem słabe. W BFG można się przestraszyć znacznie bardziej niż na E.T.

  3. Książka była wydana w Polsce jako „Wielkomilud” (może nadal jest pod takim tytułem?) i też była straszna. Czytałam ją chyba w późnej podstawówce (ośmioletniej), więc koszmarów nie miałam, ale pamiętam dialogi o jedzeniu dzieci do dziś 😉 . Natomiast najbardziej utknęło mi w głowie „słowotwórstwo”, którego w książce było mnóstwo i momentami było wręcz męczące. Ale ogólnie książkę polecam, bo wszystko, co Roald Dahl napisał, da się z przyjemnością przeczytać.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here