No więc byłam. Na film „Gdzie jest Dory?” przybyłam, tenże zobaczyłam i wyszłam z wrażeniami, a już tradycyjnie – kiedy tak rzuciłam okiem po sali kinowej od końca do końca, tak jest, tak jest – dysponowałam największą ilością dzieci przypadającą na jednego rodzica. Co ciekawe, nadal żyję i nawet nie zwariowałam, praktyka to jednak czyni mistrza.

Tradycyjnie też zapomniałam – na mocy wpojonego mi w dzieciństwie dziwacznego przekonania o byciu punktualnym – że jeśli film jest na 12.30, to należy wejść do sali o 13.15, tak mniej więcej na samą końcówkę reklam. Uniknie się tej frustrującej sytuacji, kiedy seans właśnie się zaczyna, a przychówek już chce wychodzić, bo się naoglądał i zmęczył. Oraz chce siku. Albo kupę. Już. Zostawiam też info wielodzietnym, bo ni cholery w samym kinie wzmianki o tym nie znajdziemy. Helios honoruje Kartę Dużej Rodziny i daje 20% zniżki na bilety. I to jest zacne info, przyznacie, bracia w trójce i więcej.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Większość czasowej przestrzeni reklamowej wypełniły na szczęście nie reklamy, a zapowiedzi tego i owego, dzięki czemu dowiedziałam się, co bardzo chcę zobaczyć („Sekretne życie zwierzaków domowych”), co chcę zobaczyć w następnym rzucie („Szajbus i pingwiny”), a co należy omijać szerokim łukiem, ponieważ poziom dowcipu niebezpiecznie zbliżył się do tego w polskich kabaretach („Epoka lodowcowa” nie wiem już która, chyba szósta z kolei, gdzie już nawet wiewiórka nie śmieszy, tylko chce się płakać).

No dobrze, ale co z tą Dory? Pierwsza wskazówka dla tych, którzy jakimś cudem nie widzieli „Gdzie jest Nemo?”przed zafundowaniem sobie sequela, trzeba jednak sięgnąć do części pierwszej. Już to dlatego, że w drugiej jest sporo nawiązań, które bez znajomości tematu stają się nieczytelne (rodzina żółwi morskich podróżująca razem z prądem oceanicznym), już to dlatego, że pierwsza część jest znacznie lepsza. Ups, zdradziłam. Ale spokojnie, będzie bez spoilerowania. W pierwszym i drugim przypadku mamy więc motyw wielkiej podróży, której przyświeca jeszcze większa idea, z tym że kto inny wpada w tarapaty.

Zanim ktoś mnie obleje smołą i obtoczy w pierzu, czym prędzej spieszę napisać, że zaprawdę powiadam wam, jest się z czego pośmiać. W filmie występuje humor (hosanna!) i choć jest to czasami humor niezrozumiały dla dzieci (motyw pewnej Krysi), to na szczęście obyło się bez luzackich dowcipasów z podtekstem celebrycko-politycznym, będących odpowiednikiem łypania okiem do dorosłych, bez rzucenia jakiegokolwiek ochłapu dzieciom. Są więc wartościowe dialogi i dowcipne dialogi, jest też motyw nawiązujący, moim zdaniem, do „Incepcji” (tak, tej „Incepcji”), którego dzieci nie skumają w życiu, ale dla którego zdecydowanie warto ten film zobaczyć i na którym autentycznie ryczałam ze śmiechu.

dory4

Jest też naprawdę pozytywny przekaz familijny, jest akcent położony na to, co ważne, jest moment katharsis, jest przemiana dokonująca się w bohaterach, jest wartka akcja (wielka szkoda, że tak na serio rozkręca się w ostatnich 15 minutach, ale już nie wybrzydzajmy), są chwile, w których trzeba mieć chusteczki przy sobie, jest przewspaniała animacja, słowem jest wszystko, by zapewnić szał ciał i uprzęży, ale… no właśnie. „To już nie to samo”.

No nie jest to samo, nie jest i im więcej czasu od filmu upłynęło, tym bardziej poczucie to we mnie narasta. „Gdzie jest Dory?” nie uniknęło niestety klątwy sequeli, w którym fabuła jest naciągana jak tłumaczenia polityków umoczonych w afery. Bohaterowie tacy wyraziści w pierwszym filmie, w drugim jakby lekko się rozmywają, jakby giną w mętnych wodach oceanu. Spójność i harmonia między wątkami taka piękna w „Gdzie jest Nemo?”, kompletnie ginie w części drugiej. Pojawiają się jakieś dysonanse i zgrzyty, przez co wyszłam z kina z przeświadczeniem, że choć było na czym oko zawiesić, to jednak zmęczyła mnie próba sprostania wybitnemu pierwowzorowi. Nieudana, w moim odczuciu, niestety.

dory2

To teraz czy polecam. Jasne, że polecam. Przekaz prorodzinny jest miejscami zbyt nachalny (od nadmiaru lukru woda robi się słodka), miejscami zbyt naiwny i infantylny, ale w dalszym ciągu bardzo wartościowy. I człowiek nawet sobie myśli „mój Boże, żeby wszyscy rodzice na ziemi byli tacy, to niebo i religia byłyby zupełnie zbędne”. Wyszłam z seansu podbudowana. Z niedosytem, ale jednak pozytywnym nastawieniem do świata.

A od jakiego wieku „Gdzie jest Dory?” się nadaje? Cóż, kwestia sporna. Już-prawie-sześciolatki kumały wszystko i bawiły się dobrze, choć maraton zapowiedzi kinowych zrobił swoje i w pewnym momencie można było dostrzec oznaki zmęczenia materiału oraz – w jednym przypadku – lekkiego strachu (tak, była scena, która zafundowała dziecku dreszczyk). Trzylatek będzie chłonął obłędne kolory, ale akcję wyłapie średnio, bo bohaterowie mówią raczej nie najłatwiejszym językiem i robią to raczej szybko. Bez względu na wszystko – kasę zapłacić warto.

6 KOMENTARZE

  1. Generalnie chyba trzylatek to do kina jeszcze nie? Nie wysiedzi tyle czasu, nie załapie o co chodzi, a jak te 45 min reklam dodamy, to już w ogóle bez sensu. Ale może się mylę, bardzo walczę o jak najmniejszą ilość bajek w ogóle, więc jak się coś na 30 min trafi, to moje dziecko się zaczyna nudzić…

    • Obserwuję tendencję następującą: „A ja z moim dwulatkiem poszłam na Gwiezdne Wojny, on wszystko rozumiał i znakomicie się bawił”. Ludzie z niewiadomych powodów są przekonani, że to jakiś wyścig szczurów. Jak najszybciej z pieluch na nocnik, jak najszybciej pozbyć się wózka, jak najszybciej do kina, a jeśli już do tego kina, to broń Boże na poranki, bo to obciach, od razu na coś, co chyba tylko przez nieporozumienie ma kategorię +7.
      Dla trzylatków i młodszych są specjalne seanse, które trwają o wiele krócej niż pełnometrażowe bajki i język w nich użyty jest dostosowany do wieku widza. Jak dla mnie -super pomysł.

      • Takie poranki dla najmłodszych są w Multikinie – myśmy byli na AgiBagi, puścili jakieś 3 odcinki, więc trzylatek się nie znudził, tym bardziej że całość imprezy trwała jakieś 45 minut. Reklamy szczątkowe. Polecam bardzo.

  2. Dawno nie zaglądałam, ale z sympatii chciałam Ci powiedzieć, że ostatnio przeglądałam demotywatory, a tam zdjęcie Twoich córek, chyba, że to Twój demot ;), ale chciałam, żebyś wiedziała