Pewna internetowa koleżanka, kiedy polecała mi cienie do powiek, napisała, że im jest starsza, tym z niższej półki bierze kosmetyki. Coś w tym jest, mam tak samo 🙂 Wiecie, co jest najlepsze? Dawno, dawno temu obiecywałam sobie, że jak tylko będzie mnie stać, to machnę sobie kosmecior z wyższej półki, jakąś wyrypaną w kosmos maskarę czy podkład. Bo tak. Dzisiaj, jakby się uprzeć, mogłabym sobie na to pozwolić, ale wiecie co? Zupełnie przeszła mi na to ochota. Wprost nie potrafię wyrazić, jak głęboko mam szanele i inne są lorąty. Kompletnie nie czuję potrzeby posiadania i również sięgam po „niskopółkowce”. O przyczynie tegoż w następnej już wkrótce 😉

Dziś chciałabym podpowiedzieć wam dwie rzeczy, które spowodowały u mnie galopujący wytrzeszcz i sprowadziły paszczę do parteru. Co tu dużo gadać, wyglądam po prostu tak (wersja przed wytrzeszczem).

maska_jim2

Pierwszy „cuś” z przeznaczeniem do makijażu powinien zaciekawić posiadaczki tłustej cery i nadużywające łaciny z tego właśnie powodu. Drugi „cuś” przyda się rodzicom, którzy zastanawiają się, jak na miłość boską doprać zapachy tego i owego z dziecięcej pościeli i ogólnie szmatek, żeby nie robić tego trzy razy pod rząd w 90 stopniach.

Bell – puder matujący Look Now!

Przyznaję bez bicia, że podchodziłam jak pies do jeża z racji jego koloru. To znaczy pudru koloru, nie jeża, kolor jeża albowiem mi zwisa. Puder jest, wystawcie sobie, biały i klęcząc na grochu ujawniam, że pomyślałam sobie, że tylko skończony idiota wypacykuje się czymś łudząco podobnym do mąki. Ponieważ jednak bez ryzyka nie ma zabawy, a bez pudru matującego to ogólnie nie ma życia, zainwestowałam całe bodajże 10 złotych. W to. I głupia byłam, że dopiero teraz.

bell_puder2

Puder namierzyłam w Biedronie, bo tam urządzili marce Bell jakiś gustowny kącik. Dranie jedne. Silną wolę sprawdzają. Puder ku mojemu zdumieniu jest całkowicie transparentny i nie widać go nawet na ciemniejszym podkładzie (władowałam między innymi na podkład Bourjois Air Mat, o którym pisałam wcześniej). A jak się sprawuje? O niebiosa wybaczcie, że to napiszę, ale matuje jak szatan!

bell_puder3

Trzymając cały czas fizys a la Maska stwierdzam z bezbrzeżnym zdumieniem, że to jeden z najlepszych pudrów matujących, jakie w życiu miałam. W dodatku jest delikatny, nie kruszy się podczas nakładania, nie dawkuje w ilościach gargantuicznych, nie osypuje, no po prostu bajka! Bardzo dobry i bardzo tani. Polecam tego allegrowicza 😉

Sanytol

Z tym specyfikiem, aczkolwiek bardzo dla mnie przydatnym, pewien problem jest. Nie widziałam go na półkach polskich sklepów. Wszystkie egzemplarze, jakie posiadam i zużywam, zostały mi podarowane przez moją siostrę, od której dzieli mnie skromne 1000 km. Nie wiem też, czy istnieje polski odpowiednik Sanytolu. Nie wiem, czy akurat Sanytol wśród tego typu produktów dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli idzie o skuteczność działania i jakość, dość powiedzieć, że u mnie się sprawdza. Jeśli ktoś z was zna podobną rzecz, którą może polecić, to niech się wypowie w komentarzu.

Do rzeczy, o czym właściwie mowa? Sanytol to środek, który dodaje się do prania razem z proszkiem. Ma za zadanie usuwać ponad 99% bakterii (zwłaszcza naszą długoletnią „przyjaciółkę” Escherichię coli, ale jest też kilka innych na liście) i niwelować charakterystyczny zapach, który często towarzyszy zasiusianym ubraniom czy pościeli. Jasne, jasne, można dać podkład na prześcieradło, ale konia z rzędem temu, komu dzieciak nigdy w życiu nie zrosił kołdry. Albo poduszki. Na prześcieradle sprawa się nie kończy, a trzeba wyprać, co nie?

sanytol

No i jak się sprawdza? Nie wiem, rzecz jasna, jak mu idzie z bakteriami, czy faktycznie funduje im jesień średniowiecza, ale zapach wypranej odzieży jest naprawdę lepszy. Rodzice z tym samym problemem co my wiedzą, o czym mowa. Pierzesz, pierzesz, pierzesz, wyciągasz z pralki i nadal TO czujesz. Płyn do płukania nie zawsze okazuje się rozwiązaniem, no i pozostają jeszcze ograniczenia temperatury. Nie wszystko da się skillować w 90 stopniach.

Po Sanytolu więc problem znika. Jedna nakrętka płynu (lub jedna tabletka, jeśli mamy w tabletkach) załatwia sprawę. Nie mam pojęcia, ile Sanytol kosztuje (darowanemu koniowi i te sprawy), ale mam już za sobą chyba z kilkanaście flaszek (i kilka pudełek) i efekt jest zawsze ten sam. Jeśli pranie jest wyjątkowo obficie, ekhm, zroszone lub bęben pralki jest wyładowany na maksa, daję dwie nakrętki. I jest miodnie. Pranie po prostu ładnie pachnie. Nie zarejestrowałam też żadnych reakcji alergicznych u milusińskich. To nie działa jak płyn do płukania, nie funduje pościeli miękkiej jak futro jakiegoś kociaka czy innego króliczka z reklamy, ale niweluje to, o co nam chodzi. I gicior.

Jeśli więc macie, drodzy rodzice, dojścia do tego specyfiku lub analogicznie działającego z innej firmy, to polecam się zaopatrzyć. Zobaczycie różnicę.