Szajbus i pingwiny, czyli psiejski bałagan ostateczny

4
1450

Powiedzmy sobie szczerze, pies to ma branie. Od czasu jednego delikwenta, który jeździł koleją, i potem jednej Lessie, która miała wrócić, pies w książce, a po stokroć bardziej pies w kinie jest gwarancją przyjemności. Nie świetnej jakości, nie znakomitej gry aktorskiej (mówię o ludziach, zwierzęta zawsze grają wspaniale, brawa dla treserów), nie wzruszeń graniczących z omdleniem, ale właśnie przyjemności pochodzącej ze śledzenia losów jakiegoś przesympatycznego czworonoga.

Nic dziwnego, że Szajbus, wielki i biały, uroczo kudłaty owczarek wydobywał z moich dzieci głębokie westchnienia, kiedy tylko zaistniał na dużym ekranie. Wystarczyło, że ruszył łapą albo jeszcze lepiej – wywalił swój ozor, a dziewczyny nie posiadały się z zachwytu. Akcja schodziła na plan dalszy (choć owszem, ogólnie ją rejestrowały), liczyło się to, co robi pies. A robił naprawdę sporo.

Mówię o filmie „Szajbus i pingwiny”, który opowiada o niespełnionym i kompletnie pozbawionym talentu do stróżowania owczarku, chodzącej katastrofie wiecznie pakującej się w kłopoty z racji swojego temperamentu i – co tu kryć – sporych rozmiarów, amatorze gustownych krawatów i witania człowieka całym psem. Ta oto, zdaniem ludzi, kompletnie niereformowalna psia oferma dokonuje rzeczy wielkiej, która odwraca los – wydawałoby się przesądzony – pewnej pingwiniej społeczności.

Czy spoileruję? Ależ skąd! O tym, co dalej będzie w filmie, narrator uczciwie informuje nas już w pierwszych trzech minutach, skutecznie mordując moment zaskoczenia, dreszczyk niepewności i po prostu spontaniczne trzymanie kciuków. Wiadomo więc od razu, co będzie, pozostaje tylko kwestia jak się to stanie, no i po prostu siedzimy i patrzymy.

W badaniu na familijność w skali od 1 do 10 „Szajbus i pingwiny” ma 12 i powinien stanąć w Serves jako wzorzec kina familijnego. Wszystkie niezbędne elementy gatunku są, zero zaskoczeń, wzorcowa sztampa. Jest więc raczej kiepska i mocno przerysowana gra aktorska (o ludziach mówię, pies wymiata, nie wspominając o pingwinach), jest niezwykle wpieniająca ośmioletnia dziewczynka niby taka zbuntowana, ale słabo to wyszło. Jest wątek rodziny na zakręcie, która musi się odnaleźć i określić, jest przeszłość, która domaga się rozliczenia i ostatecznego zamknięcia. Jest w końcu przesympatyczne zwierzę i ono ratuje całość od katastrofy. Dosłownie i w przenośni.

szajbus2

Fotka z http://filmweb.pl

Wyszedłby z tego wszystkiego jeszcze jeden familijny gniot, gdyby nie to, że akcja jest oparta na wydarzeniach autentycznych. I to robi wrażenie. Faktycznie istniał (i istnieje!) gapowaty owczarek, który nieoczekiwanie dla wszystkich wybitnie sprawdził się w nowej roli i stał się częścią niezwykłego eksperymentu ekologicznego, mającego na celu ratowanie gatunku znajdującego na granicy wymarcia.

No dobrze, ja tu entuzjazmem, jak widać, nie płonę, ale co z dziećmi? Dzieci od czasu wizyty w kinie odmieniają Szajbusa przez wszystkie przypadki. Bawią się w Szajbusa (i pingwiny), tęsknią do Szajbusa, żądają natychmiastowego zakupu filmu na DVD, jak tylko się pojawi, bo koniecznie chcą zobaczyć Szajbusa kolejne 250 tysięcy razy. Wyszły z kina na miękkich nogach i z maślanymi oczami, a powiększenia rodziny o wielkiego owczarka nie żądają tylko dlatego, że jeden pies już jest. Słowem, dzieci są przekonane, że widziały najwspanialszy film, jaki kiedykolwiek nakręcono, arcydzieło kinematografii familijnej i… tego się trzymajmy 🙂

szajbus3

Ta fotka też z filmweb.pl

Czy warto zobaczyć? Dla czworonoga kudłacza – warto. Dla dziecięcej radości – warto. Dla samego filmu – nie. I jeszcze jedno – to nie jest film dla maluchów. Sześciolatki już tak, obejrzą, akcję zajarzą, ośmiolatki bawią się wybitnie. Młodszego dziecka bym nie zabierała. Psa jest jednak zbyt mało, by wynagrodził nienadążanie za zdarzeniami i rodzinne dylematy traktujące o stracie i rozstaniu, których cztero- czy trzylatek zwyczajnie nie ogarnie.

4 KOMENTARZE

  1. A ja powiem tak – przyzwyczailiśmy się (my, dorośli), że w bajkach i filmach dla dzieci ma być coś dla nas. A gucio, nie musi. „Szajbus i pingwiny” to film familijny, przewidywalny i prosty, ale dla nas, dorosłych. Dzieci są zachwycone, tak jak my kiedyś byliśmy psem jeżdżącym koleją czy Lassie. I właśnie tak ma być. W końcu wracamy do prostoty. A właściwie to nie wracamy, bo to nie amerykańska produkcja, ale australijska, a tam czas płynie wolniej 🙂
    A propos, mój sześcio – pół latek też był zachwycony 🙂

    • Myślę, że masz rację. To jest film idealnie dopasowany do dzieci, na miarę świata dziecięcego. Dzieci mają w szanownych zadkach wszelkie techniczno-jakościowe aspekty, liczy się fabuła. I cudnie, jeśli one się bawiły świetnie, niech tak zostanie 🙂

  2. Byliśmy i my na tym filmie… tzn. męża oddelegowałam, pojechał z 5-letnim synem i 7-letnim bratankiem. Mały kiedy się boi, chce wychodzić do toalety, a na tym filmie, owszem, parę razy się przestraszył i trzymał tatę za rękę, ale ani słyszeć nie chciał o tym, żeby w czasie seansu wyjść do wc. Jestem w szoku, że tak mu się ten film spodobał, od paru dni o nim opowiada.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here