Parę lat temu napisałam tekst, w którym udowadniałam, że wychowanie dzieci wcale nie musi pochłaniać kosmicznej ilości pieniędzy. Że tak naprawdę można to zrobić w przyzwoitej cenie, a nawet tanio. Od jakiegoś czasu myślę o tym, jakby się wycofać z tamtej notki rakiem i chyba to jest właśnie dobry moment. Wchodzę więc pod stół i odszczekuję (by Chmielewska). To nie prawda, że dzieci mało kosztują. Dzieci kosztują dużo. Bardzo dużo. Bardzo dużo kosztują dzieci zupełnie małe i wcale nie mniej kosztują te starsze. Jako rodzice wydajemy mnóstwo pieniędzy na przygotowanie dla innych (tak!), dla świata (tak!!), dla społeczeństwa (tak!!!) przyszłych podatników, którzy będą kształtowali ten kraj i decydowali o jego losie. I jest tak, że my jako rodzice ponosimy największe koszty, a społeczeństwo partycypuje w zyskach. Niesprawiedliwe, prawda?

Zaczyna się od pieluch i akcesoriów niemowlęcych, ale to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Potem są wydatki na lekarzy (oby wasze dzieci były zdrowe), wydatki związane z przedszkolem i szkołą (opłaty, obiady, wycieczki, komitety, kółka zainteresowań, podręczniki, wyprawka szkolna itp.), wydatki związane z życiem codziennym (żywność i utrzymanie higieny), a jeszcze trzeba delikwentowi kupić buty, z których wyrasta co pół roku, ubranie, kurtki itp., itd., c.d.n.

Skoro więc wydajemy niemałe pieniądze, trzeba się zastanowić, czy gdzieś w tym całym procederze nie nadarzy się szansa na zaoszczędzenie i zmniejszenie kosztów. Nadarzy się. Co można zrobić, żeby dzieci kosztowały mniej? Margines możliwości nie jest zbyt szeroki, ale coś zawsze można zrobić. Leopold Staff pisał „Trudno rozszerzać horyzont. Więc zaokrąglam horyzont. Zaokrąglam!”. Z naszymi wysiłkami rodzicielskimi tak właśnie jest – zaokrąglamy horyzont. Przyjrzyjmy się więc, gdzie można nagiąć rzeczywistość.

Czy można zaoszczędzić na dzieciach?

No właśnie, czy można? Czy potrzebujemy nowych i na dodatek markowych ubrań? Czasami tak, ale częściej niekoniecznie. Jeśli szukamy dla dzieci nowych spodni, kurtek czy innych sztuk odzieży, dobrze jest zajrzeć do lumpeksów. Powody są trzy. Po pierwsze można tam znaleźć rzeczy naprawdę niezłej jakości w bardzo przystępnej cenie. Po drugie dziecko rośnie jak na drożdżach. Spodnie kupione teraz za pół roku mogą spokojnie przejść w inne ręce. Po trzecie szkoła i przedszkole to miejsca, w których ostatnią potrzebną rzeczą są drogie, nowe ciuchy. Ze względów czysto praktycznych. Tam ubrania brudzą się jak nigdzie indziej.

W przypadku butów dobrze jest znaleźć kompromis między zdrową stopą dziecka a ceną, która nie przyprawi nas o zawał. To jest możliwe. Buty dziecięce przydadzą się na najbliższe pół roku, czy jest sens rujnować się na rzeczy wybitnie markowe?

Tym, co spędza sen z powiek rodzicom dzieci szkolnych, jest konieczność zapewnienia opieki i atrakcji w wakacje. Rzadko kto ma dwa miesiące urlopu, nie wszyscy pracują zdalnie. Jeśli nie wyjeżdżamy, pomocne są półkolonie, tylko że te z kolei kosztują majątek (średnio 500 zł na tydzień za osobę). Warto wcześniej rozglądnąć się za takimi, które wystarały się o dotacje unijne lub z miejskiej kasy. Na każdym dziecku zaoszczędziłam w ten sposób 200 zł.

Wyprawka szkolna to zmora, prawda? Zwłaszcza dla tych, którzy mają więcej niż jedno dziecko. Jak zaoszczędzić na wyprawce? W tym przypadku nie ma sensu kupować artykułów najtańszych (chyba że nie ma innego wyjścia), bo to oznacza, że lada moment i tak trzeba będzie ponownie kupić te droższe. Dobrze jest natomiast robić zakupy w jednym miejscu i wybrać takie, w którym zaopatrzymy się we wszystko. Dobrze jest na łowy wybrać się nie za wcześnie, bo i tak nie dysponujemy listą rzeczy potrzebnych. Dobrze celować w te artykuły, które nie są wystawione tak, że się na nie wpada, a przejść obojętnie nie można. One będą droższe niż to, co znajdziemy na innych półkach.

Życie codzienne pod lupą

Jak wam się to podoba? Tak, ja też uważam, że to tak właściwie zasłona dymna. Bolesna prawda jest taka, że poza sferami wskazanymi powyżej właściwie kończą się możliwości manewru, jeśli chodzi o oszczędzanie na dzieciach, tak by nie odbyło się to ich kosztem. Prawdziwych oszczędności trzeba szukać gdzie indziej, w tych sferach codzienności, które nie są bezpośrednio związane z dziećmi. Jakie to sfery?

Dojazdy do pracy. Mogę jechać samochodem, ale poruszam się wyłącznie komunikacją miejską, a mój mąż, kiedy tylko może, jedzie do pracy rowerem. To przynosi co najmniej kilkaset złotych miesięcznie oszczędności w wydatkach na paliwo. Samo paliwo też zmieniliśmy, bo auto jeździ na gaz. Owszem, pali więcej, ale mimo wszystko wydatki z około 1000 zł miesięcznie zmniejszyły się do około 300 zł. W najgorszym wypadku. Najgorszym.

Nie mamy kablówki czy telewizji satelitarnej. I tak brakuje czasu na oglądanie, po co więc mam płacić kilkadziesiąt złotych, by mieć możliwość, z której nie korzystam? Dopasowaliśmy abonamenty telefoniczne do naszych potrzeb i teraz wykorzystujemy je optymalnie. Przeprowadziliśmy się i w nowym mieszkaniu zainwestowaliśmy w krany i prysznic z perlatorem. Są droższe, ale w perspektywie dają mniejsze zużycie wody do codziennych celów.

Zaczęłam wreszcie lepiej przyglądać się temu, co kupuję i ile kupuję, zauważam więc, że marnuję mniej żywności. Problem wiecznie zbyt dużej ilości chleba mamy już chyba za sobą. Energooszczędne żarówki (dobra, pomińmy aspekt środowiskowy), sprzęt w założeniu oszczędny energetycznie – to wszystko w dłuższym okresie czasu zapisze się na plus.

Oczywiste oczywistości, powiecie. Tak, to prawda, tylko właśnie z takich drobnostek składa się życie. Małe wydatki kumulują się w duże kwoty, z małymi oszczędnościami zasada jest ta sama. Pisałam już o tym w tym cyklu oszczędnościowym. Zauważcie, że cały czas zwracam uwagę na to, by oszczędzanie przebiegało we właściwym kierunku: najpierw optymalizacja wydatków i redukcja tych niepotrzebnych („Prawie nic nie wydaję, więc gdzie są moje pieniądze”), potem oszczędność jako sposób myślenia („Trzy magiczne słowa, które pomnożą pieniądze w portfelu”), a dopiero potem decyzja, gdzie ulokować zaoszczędzone kwoty i jak to zrobić.

Partnerem cyklu jest BGŻOptima i to naprawdę świetnie się składa, bo wyobraźcie sobie, że właśnie tam mamy konto oszczędnościowe 🙂 Zachęcam was do przeczytania raportu „Polak Oszczędny 2016”. Bardzo ciekawe informacje na temat tego, jak oszczędzamy i jak wypadamy na tle innych krajów. Inspirujące.

7 KOMENTARZE

  1. Jeśli chodzi o wydatki „życia codziennego”, to do takich oczywistych oczywistości ja wpisuję zakupy w większych opakowaniach tych produktów, które stale kupuję (o ile to faktycznie bardziej się kalkuluje- zawsze sobie przeliczamy), gotowanie samemu od podstaw i rzadkie korzystanie z półproduktów, a także robienie przetworów. Przy samych zakupach nie zwracamy uwagi na marki, zazwyczaj kupujemy tańsze, choć już sprawdzone produkty. Jeśli chodzi o dziecko, to nasza niespełna 5 miesięczna córka ma zakładane oryginalne Pampersy tylko na noc i na spacery/wyjazdy, itp, a w ciągu dnia tańsze Babydreamy z Rossmana (za sztukę wychodzi ok. 20 groszy taniej w stosunku do Pampersów, co średnio daje ok. 20 zł oszczędności w skali miesiąca), to samo z chusteczkami nawilżanymi (Już te z Tesco nie są numerem jeden 😉 Skłaniam się ku Kindii z Cleanic), a przy okazji korzystam z programu lojalnościowego w tymże sklepie, co przy małych zakupach każdorazowo pozwala mi wrzucić do oszczędności kolejne 5 zł, a takich zakupów robię ze 3 w miesiącu na pewno. Ogromną ilość pieniędzy zaoszczędziliśmy na ciuchach dla Kaliny, ponieważ zarówno moja siostra, jak i siostra mego P.O. męża mają córki, już duże, więc wielkie kartony ciuchów od noworodka do 10 lat mamy na stanie; uzupełniamy tylko to, czego akurat zabrakło ze względu np. na rozmiary i porę roku 🙂 Takie mieliśmy szczęście 😉 Jak mi się jeszcze coś nasunie, to na pewno napiszę 🙂

    • Ciuchy po innych dzieciach to prawdziwe błogosławieństwo. Tak miałam z bliźniaczkami – rzeczy dostaliśmy od sąsiadów, którym wcześniej urodziły się trojaczki 🙂 Bez kitu przez jakieś dwa lata nie kupowałam ciuchów, jedynie okazyjnie. Z pierwszym dzieckiem to samo było – miało rzeczy po starszych kuzynach i kuzynkach. Z biegiem czasu nie jest już jednak tak fajnie, bo przedszkolaki i uczniaki zużywają ubrania znacznie bardziej, bo i rosną wolniej, dłużej więc chodzą w danych ciuchach. Kurtki zimowe z Lidla mamy już trzeci sezon – nie do zdarcia.

  2. ja jeszcze bym dodała zabawki – za wielką paczkę kucyków pony zapłaciłam 400 zł – używane bardzo dobrej jakości. Kupując po jednym nowym ten zestaw kosztowałby mnie ok 1200 zł.

    • Ja bym poszła (i poszłam) w stronę ograniczania wydatków duperelowych. Tu jajko niespodzianka, tu bajerek za dwa zeta, tu coś tam, tam jeszcze coś innego. Jakby tak zebrać do kupy, to wychodziła niezła kwota. Dlatego przystopowałam zakup badziewia. Nawet jeśli zaoszczędziłam na tym około 30, 40 zł miesięcznie, to warto było.

  3. U nas też błogosławieństwem były ubrania dla młodszej po starszej, recykling rodzinny – czyli co kto miał to nam podrzucał, zmiana podejścia np. do zabawek – nie muszą mieć nie wiadomo ile, ale także rozsądne kupowanie ubrań czy akcesoriów dla dziewczyn, zwłaszcza starszej. Do tego łapanie promocji gdzie się da – chociażby apteki internetowe gdzie leki bez recepty duuużo tańsze, outlety, wyprzedaże. Innym rozwiązaniem może być również (przez nas jeszcze nie testowane) zapisanie do biblioteki by nie kupować ciągle nowych książek; sprzedaż tego co nam zalega a nikt ze znajomych nie chce; no i obowiązkowo planowanie zakupów czyli bez listy nie wychodź 😉

  4. To fakt posiadanie dzieci wiąże się z wydatkami ale uważam, że można je mądrze ograniczać. Jeśli chodzi o ubrania to ja na przykład kupuje je głównie podczas wyprzedaży i promocji w https://www.51015kids.eu/. Mają bardzo atrakcyjne ceny w stosunku do wysokiej jakości. Służą nam do momentu aż córka z nich wyrośnie. Wszystko jest więc kwestią organizacji 🙂