Kieszonkowe – czy dawać, kiedy dawać, ile dawać, kiedy zacząć i po co

5
1104

No tak, przychodzi ten moment, kiedy następuje bliskie spotkanie trzeciego stopnia z pieniądzem i zaczynają się trafiać okazje do upłynnienia funduszy. A to sklepik szkolny, a to lody, a to soczek, a to hot dogi, a to jeszcze coś, co jest w bezpośrednim sąsiedztwie i gdzie młodzież się udaje najczęściej w towarzystwie rodzeństwa lub rówieśników. Tak, tak, dzieci zaczynają korzystać ze sklepu, wydają pieniądze. Czyje? Nasze oczywiście. Pojawia się więc potrzeba wtłuczenia do głów kilku ważnych zasad.

Po pierwsze tej, że pieniądze nie biorą się z niczego, a już na pewno nie biorą się cudownie z bankomatu, nie dostaje się ich, tylko zarabia. Po drugie, że uzyskanie pieniądza zawsze wiąże się z jakimś wysiłkiem. Nie przychodzą bezproblemowo, nie są darem, okazją, nie leżą na ulicy. Są należnością za wykonaną pracę czy zadanie. Zdobycie pieniądza może boleć. Po trzecie że skoro już je zdobyliśmy, to głupio by było tak po prostu przepieprzyć je na bzdury, bo wydać jest łatwo, a zdobyć niekoniecznie. Warto więc trzy razy zastanowić się, zanim się je wyda, bo może lepiej je zachować, dozbierać trochę, by potem kupić coś lepszego. Po czwarte, że nie ma litości. Jeśli zarobione pieniądze szybko się rozeszły, to trzeba sobie jakoś poradzić, zanim otrzymamy kolejną zapłatę, a przewalenie pieniędzy na bzdury wcale nie zwalnia z obowiązków.

Dobrze, to jak w kontekście tego wszystkiego wygląda kieszonkowe? Zanim odpowiem, to sięgnę do kogoś, kogo spojrzenie podzielam i podpisuję się pod nim, mimo że pogląd swój ta osoba upubliczniła prawie 80 lat temu. Mam na myśli Janusza Korczaka. Co Korczak mówił o dzieciach i pieniądzach? Mówił to, że dobrze jest dzieciom płacić za określone zadania. Szokuje was to? Mnie nie. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, pogląd jest bardzo słuszny i wbrew pozorom nie prowadzi do ukształtowania postawy, że jeden z drugim posprząta zabawki, jeśli mu się za to zapłaci, bo jeśli nie, to rodzic może się wypchać. Sprawdziłam to w praktyce. To bardzo dobre podejście, które od małego uczy spraw wymienionych w poprzednim akapicie.

Ważne jest to, żeby wyznaczyć ścisłe zasady, za co, kiedy i jaką kwotę będą otrzymywać dzieci. Z biegiem czasu zakres obowiązków może się zmienić, błogosławieni elastyczni, albowiem oni się nigdy nie złamią, nie bądźmy betonem, wiadomo. W naszym przypadku chodziło o wyprowadzanie psa i za to zadanie najstarsze dziecko dostawało 1 zł. Na początku dziecko wyprowadzało zwierza okazyjnie, potem raz dziennie, teraz nawet częściej, dlatego sposób płatności się zmienił. Ustaliliśmy (wspólnie z dzieckiem!), że każdorazowa zapłata zmieni się w 20 zł kieszonkowego wypłacanego raz na miesiąc. Co nie zwalnia w żadnym wypadku z obowiązku wyprowadzania psa i nie zmniejsza częstotliwości spacerów.

Kilka ważnych pytań odnośnie kieszonkowego

Za jakie zadania można płacić? Za różne. Podałam tylko przykład. Ważniejsze jest to, za co NIE PŁACIĆ. Pod żadnym pozorem i nigdy nie płacimy za odrabianie lekcji. To jest, za przeproszeniem, psi obowiązek, od którego zależy późniejsze życie (nie przesadzam) i lekcje mają być zrobione zawsze, kropka.

Co ile dawać kieszonkowe? Co miesiąc czy co tydzień? Jeden i drugi system jest dobry. Chodzi nie o to, co ile dawać, tylko żeby robić to regularnie. Kieszonkowe nakłada pewne obowiązki również na rodzica i zaraz do tego wrócę.

Kiedy w ogóle zacząć wypłacać kieszonkowe? Jestem zdania, że dobry moment jest wtedy, kiedy dziecko poznaje wartość pieniądza, czyli w okolicach pierwszej klasy podstawówki. Młodsze dzieci nie „czują” różnicy między 5 zł, a 50 gr, mało tego, druga moneta wydaje się mieć większą wartość, bo w końcu ma dwie cyferki. Pierwszaki i starsze klasy korzystają ze szkolnego sklepiku, można je wysłać po proste sprawunki (np. po chleb), doświadczają pieniądza w ręce częściej niż młodsze dzieci. Widzicie, nie chodzi o to, żeby dawać, tylko żeby wraz z dawaniem przekazać pewną wiedzę i dobrze by było, by trafiła w odpowiednim momencie.

Jaka wysokość kieszonkowego jest najlepsza? To już bardzo indywidualna sprawa zależąca od wieku dziecka, możliwości finansowych rodziców i wielu innych czynników. W przypadku najstarszego, ośmioletniego dziecka 20 zł wydało się wystarczające. Nie ma zbyt wielu okazji do upłynnienia gotówki, ale też jest to kwota, która przynosi realne oszczędności, jeśli nie jest wydawana (po pięciu miesiącach mamy stówę, a za to już można kupić wymarzoną lalkę itp.). Tu też ważna jest elastyczność – za jakiś czas wysokość kieszonkowego należałoby zwiększyć.

Czy wypłacanie kieszonkowego w ogóle ma sens? Ma, o ile coś za tym idzie, a zatem kiedy oprócz pieniędzy potomek otrzymuje jakąś lekcję. Dlatego nie warto tego robić, jeśli motywacją jest to, że wszyscy tak robią. Nie mamy obowiązku robić tego, co wszyscy. Róbmy to wtedy, kiedy wiemy, co przy okazji chcemy uzyskać.

A może lepiej zamiast wypłacania kieszonkowego raz na miesiąc coś dziecku kupić? Będziemy mieli pewność, że to dobrze wydane pieniądze. No właśnie, wydane. Tylko że myśmy je wydali, a to ono miało się tego nauczyć. Nie, jestem zdania, że jeśli już decydujemy się na ten krok, to nie rozliczamy się z dzieckiem „w barterze”, dlatego warto wybrać dobry moment i nie spieszyć się zbytnio.

Co jeśli zdarzą się pieniądze ekstra? No właśnie, dziecko dostaje na urodziny od krewnych, dostaje przy okazji od kogoś oprócz nas. Ja jestem zdania, że pieniądze ekstra traktujemy jak, no nie wiem, premię, trzynastkę czy jak tam to zwał. Niech sobie będzie. Dla nas kieszonkowe jest ściśle powiązane z wykonywaniem pewnych zadań, nie zwalnia to nas od wypłaty tego, co z dzieckiem ustaliliśmy.

skarbonka3

Na zdjęciu skarbonka najstarszego dziecka. Samodzielnie pomalowana 🙂

Obowiązki rodziców, którzy dają kieszonkowe dzieciom

O, i to jest temat, który rzadko się porusza przy tej okazji, a który jest niezwykle ważny. Jeśli już zaczynamy dawać kieszonkowe, będą nas obowiązywać ścisłe reguły i obowiązki. Inaczej: to my sobie narzucamy te obowiązki i wierzymy, że to dobre podejście, zwłaszcza że potwierdzają to dotychczasowe doświadczenia. Wy możecie zrobić, co chcecie, każdy ma swoje życie, swoje zasady. Nie roszczę więc sobie prawa do miana alfy i omegi wychowania, przedstawiam mój punkt widzenia. Można go podzielać lub nie, to wolny kraj 😉

Po pierwsze – nie ma litości. Jeśli kieszonkowe ma nauczyć rozsądnego dystrybuowania pieniędzy, to nie może być sytuacji, że młody pozbędzie się kasy na głupoty, potem będzie nam jęczał, a my w ramach wyjątku wypłacimy mu dodatkową kwotę, bo on przecież taki biedny i płacze. W dorosłym życiu nikt mu dodatkowej kasy nie da, by dotrwał do pierwszego (chyba że będziemy go utrzymywać do czterdziestki i dłużej). Dopuszczamy wystąpienie sytuacji awaryjnych (samo życie), ale wtedy rozmawiamy o tym (poważnie, tak właśnie robimy) i wyjątek musi być wyjątkiem, a nie czymś, co się powtarza.

Po drugie – nigdy, powtarzam NIGDY nie pożyczamy pieniędzy od własnych dzieci. Nie i kropka. Jeśli ono ma rozsądnie nimi zarządzać, to my z własnym budżetem musimy robić to samo. Inaczej do bani taka nauka, to raz, a dwa, że jest to zwyczajnie krzywdzące. A już woła o pomstę do nieba sytuacja, kiedy podbieramy dziecku ze skarbonki pieniądze bez jego wiedzy, albo za jego wiedzą, ale potem ich nie oddajemy. Nigdy, nigdy, przenigdy tak nie robimy. Zakazane pod karą chłosty i kotła piekielnego. Pieniądze dziecka są święte i zachowujemy się tak, jakby ich nie było, koniec.

Po trzecie – nigdy nie spóźniamy się z wypłatą. To nieetyczne! Nigdy, przenigdy nie odpędzamy dzieciaka, by dał nam spokój, jeśli upomina się o to, co powinien otrzymać. Jak nie mam pieniędzy w portfelu, ruszam tyłek do bankomatu, trudno. Ma się od nas dowiedzieć, że regularna wypłata wynagrodzenia za zrealizowane zadanie jest psim obowiązkiem płacącego, a nie jego pańską łaską. Zrozumieją mnie wszyscy freelancerzy wystawiający faktury. Ile z nich uregulowano w terminie, hę?

Po czwarte – zawsze dotrzymujemy słowa, dlatego należy wyznaczyć taką wysokość kieszonkowego, która będzie leżała w naszym możliwościach i pozwoli spiąć miesięczny budżet. Jeśli mówimy, że zapłacimy, to płaćmy. Nie ma nic gorszego od złamanych obietnic i dotyczy to także pieniędzy. Lepiej w ogóle nie decydować się na wypłacanie kieszonkowego, niż potem pożyczać od dziecka lub mówić, że się jednak nie zapłaci.

Po piąte – z pieniędzmi dziecko może zrobić, co chce, ale my czujnie stoimy obok. Nie wiem, jak u was jest, ale my rozmawiamy o tym, na co ono zbiera i co chce kupić. Jeśli słyszę, że zamierza nabyć jakiś chiński, plastikowy badziew w szkolnym sklepiku (jedyne 4,50 zł), to mówię dziecku, dlaczego to kiepski pomysł i odwodzę od niego („Zobacz, dopiero co dostałaś 20 zł i teraz prawie jedną czwartą wydasz na coś, co się szybko rozwali i co zupełnie nie jest ci potrzebne, a jako zabawka jest po prostu kiepskie. Naprawdę tego chcesz?”). W dorosłym życiu też tak będzie. Ma otrzymać od nas sygnał, że własne pieniądze może przeznaczyć, na co chce, ale trzeba to robić odpowiedzialnie, bo wszystko pociąga za sobą jakieś konsekwencje.

Podsumowanie:

I tyle. Co zaobserwowaliśmy od tego czasu? Dziecko znacznie bardziej szanuje zabawki, za które samo zapłaciło (nawet jeśli trzeba było mu „dołożyć” do chomikowanych pieniędzy). Zadaje pytania o wartość pieniądza, interesuje się tym, skąd one się biorą. Dostrzega zależność między tym, że nas nie ma, kiedy jesteśmy w pracy, a pieniędzmi, które w ten sposób uzyskujemy. Wie, że zdobycie pieniędzy wymaga pewnych poświęceń. Uczy się cierpliwości – wie, że czasem trzeba się wstrzymać z zakupem czegoś, by nabyć coś lepszego. Rozumie, kiedy czasami musimy sobie czegoś odmówić (np. wrzesień był prawdziwym horrorem, jeśli chodzi o wydatki, dlatego do kina już nie pójdziemy, trudno). Zawsze wywiązuje się z obowiązków, które są mu przypisane i wie, że w rodzinie podział obowiązków jest. Wie też, że z kieszonkowym, które otrzymuje, wiąże się konieczność wyprowadzania psa. Nie zdarzyła się sytuacja, żeby odmówiło wykonania czegoś, bo nie będzie za to zapłaty. Wygląda więc na to, że system się sprawdza. A czy będzie wymagał korekty i czy to słuszny kierunek działań – życie pokaże.

5 KOMENTARZE

  1. Po pierwsze, to masz piękny balkon z piękną zielenią w tle 🙂
    Po drugie, są niestety dzieci, które tak samo niefrasobliwie traktują zabawki kupione za własną kasę, co te dostane. Taki charakterek.

  2. Dzieci znajomych mają pozakładane konta, na których kitraszą wszelką zdobyczną kasę (komunia, urodziny itd) ale zarządza tymi kontami mama. Wpłaca i wypłaca, żaden zakup większy niż bułka czy baton nie odbywa się bez jej wiedzy. Młodsze dziecko chciało wypasiony plecak na początek roku, ale jak się dowiedziało, że musiałoby zapłacić ze swoich, to się nagle okazało, że stary plecak jeszcze jest całkiem niezły 🙂

  3. Super notka.Wypróbuję za jakiś czas. Konta dla dzieciaków też mamy.Wszelkie grubsze prezenty tam są.Co miesiąc wpłaca im babcia po 30 zł i 500+.Ale jest też świnka skarbonka i zaczniemy za kilka lat gospodarować i
    aską z kont.Natomiast wiem też że zależy od danego dziecka tak jak dorosłego,czy rozwala kaske na głupoty,czy oszczędza.Pewne cechy są w pakiecie i za nic nie da się nauczyć oszczędzania.Patrz moja tesciowa.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here