Mniej więcej planujecie wydatki, jesteście przekonani, że macie wszystko pod kontrolą. Jesteście w stanie w przybliżeniu powiedzieć, ile kosztuje was życie w ogóle, a już bardzo konkretnie, ile kosztuje mieszkanie, prąd, gaz i inne sprawy w szczególe. Wiecie, ile zarabiacie. Czy znacie więc to uczucie, kiedy myślicie, że macie tyle i tyle pieniędzy na koncie, a po zalogowaniu się do panelu klienta stwierdzacie z niebotycznym zaskoczeniem, że jednak jest o kilkaset złotych mniej? Ha! Jeśli znacie, to witajcie w klubie.

Gdzie znikają pieniądze? Co za tajemnicza siła wysysa mi je z portfela? Postanowiłam zainwestować (wydatek!) w metaforyczny mikroskop i przyjrzeć się wydatkom z bliska. Z bardzo bliska. Zostawiłam w spokoju czynsz i inne stałe opłaty, jakie ponosimy (rata kredytu hipotecznego, rachunki za prąd, przejazdówka, obiady w szkole dla dzieci itp.), a skupiłam się na całej reszcie. Wyniki były zaskakujące. Spora ilość pieniędzy znika z portfela za sprawą wydatków drobnych, niemal groszowych. Są one ponoszone jednak na tyle często, że odbija się to na budżecie. Co to za wydatki? Och, przeróżne, zobaczmy.

W pracy piję kawę. Dla kawoszy normalne, co nie? Szybkie dwa łyki na rozruch. Mamy automat z kawą i za 0,70 zł otrzymuję porcję ambrozji. Jeśli przyjąć jedną kawę dziennie, to przy krótkim miesiącu daje to 14 zł, ale ja do jednej się nie ograniczam. Można przyjąć, że groszowy wydatek (cóż to jest 0,70 zł!) daje w miesiącu około 20 zł wydatków. Nieźle, co nie? Idźmy dalej.

Prasa. Co poniedziałek kupuję tygodnik, którego przez cały tydzień nie zdążę przeczytać. Omiatam wzrokiem dwie stałe rubryki i… koniec. Co tydzień obiecuję sobie, że wygospodaruję więcej czasu i co tydzień historia się powtarza, a jeśli już coś chcę przeczytać, to sięgam po książkę (zresztą książkę zawsze mam ze sobą w tramwaju, nie tygodnik). Koszt gazety to 5,90 zł. Miesięcznie daje to prawie 24 zł.

Coś jeszcze? W drodze do szkoły kupuję dzieciom po muffince. Prawie codziennie. Bo koniecznie chcą. Efekt jest taki, że zjadają babeczkę, a niedojedzone albo wręcz nietknięte kanapki odkrywam wieczorem w ich plecaczkach. Jedna muffinka kosztuje 1,50 zł, co daje 4,50 zł dziennie (trójka dzieci), to w skali miesiąca daje… Nie liczmy.

Nie ma sensu wymieniać tutaj wszystkich mikrowydatków, wiecie, o czym mówię. Groszowe sprawy zebrane do kupy składają się na spore kwoty. Znajduję je u siebie i z dużą dozą prawdopodobieństwa dałoby się je znaleźć i u was. Wszyscy jesteśmy ludźmi i nic, co ludzkie, nie jest nam obce, prawda? Nie dziwię się więc, że te wydatki się pojawiają, stawiam jednak pytanie, czy są niezbędne. Odpowiedź nasuwa się sama – nie są.

stowa2

Zamiast codziennie co najmniej raz kupować kawę w korporacyjnym automacie mogę wreszcie się zmobilizować i przynieść kubek oraz słoiczek kawy „rozpustnej”. Wydatek jednorazowo będzie większy, ale w perspektywie przyniesie mi oszczędności. Tygodnik mogę zaprenumerować w tańszej wersji on-line albo – co wydaje się bardziej zasadne – przestać go kupować. Po co? Wersji elektronicznej też pewnie nie będę czytać. Widocznie nie jest dla mnie aż tak ważny. Niezależnie od tego, jak bardzo dzieci żądają muffinek, trzeba się poważnie nad nimi zastanowić. Nie stać mnie na wyrzucanie chleba z wędliną, serem, pomidorem i innym dobrem, za które również płacę. Jeśli już się uprzeć, po prostu raz na jakiś czas sama babeczki upiekę, w końcu nie zabiera to tak niesamowicie dużo czasu.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że życie należy ogołocić z przyjemności, nie o to chodzi. Rzecz w tym, by mieć kontrolę nad mikrowydatkami, by nie zmieniły się w maksikwoty. Jak jest w waszym przypadku? Czy jest coś, co niewiele kosztuje, a w skali miesiąca składa się na niemałe wydatki? Na ile ten wydatek jest zasadny i czy można z niego zrezygnować? To jedna z twarzy oszczędzania. Oszczędzanie zaczyna się od racjonalizacji wydatków, zwłaszcza tych drobnych. W konsekwencji zostanie nam jakaś kwota, którą możemy umieścić na koncie oszczędnościowym lub lokacie. A jeśli nawet nie, to z pewnością zafunduje nam to nieco więcej wolnego miejsca w budżecie i odpowiednią ilość pieniędzy na coś, na co do tej pory nie mogliśmy sobie pozwolić. To jak? Akcja oszczędzanie start!

Tekst powstał przy współpracy z BGŻOptima, co się zbiegiem okoliczności niezwykle dobrze składa, bo mamy u nich konto oszczędnościowe (i wpływa na nie świadczenie wychowawcze z programu 500+). Zachęcam was do zapoznania się z raportem na temat oszczędzania „Polak Oszczędny 2016”. Sprawdźcie, jak tam u was z oszczędzaniem i w jakiej grupie się znajdziecie 🙂

15 KOMENTARZE

  1. No ale 70 gr to prawie jak za darmo 🙂 nawet w warunkach domowych chyba taniej nie wyjdzie (pomijam kawy najgorszego sortu). Ja to bym raczej myślała jak zaoszczędzić na kawie, jeśli mam kawiarnię na podwórku i se tam mogę siedzieć i patrzeć na bawiące się dziecko. A to już kosztuje min. 6zł.

  2. U nas ekspres do kawy w pracy jest darmowy, ale godzinach kawowego szczytu (rano i po obiedzie) nie idzie się do niego dopchać. Do czajnika też zresztą nie. Szybciej jest pójść do piekarni w parterze budynku, gdzie dają też kawę, ale to już wydatek, nie taki znów groszowy. Ale i tak więcej wydaje się na dziecięce zachcianki. Zwłaszcza po powrocie z wakacji przy wypakowywaniu walizek człowiek się dziwi, że to wszystko kupił … drugi mały kucyk, bo pierwszy wypadł z rączek na wieży widokowej, trzecia czapka z daszkiem, bo dwie poprzednie nie wróciły z kolonii itd…

    • Prawda. Dziecięce zachcianki to zło. I jeszcze spróbuj odeprzeć moce piekielne, kiedy w nadmorskiej miejscowości mijasz stragan z dmuchanym delfinem/smokiem/kaczką* (*niepotrzebne skreślić), przechodzisz koło basenu z kulkami, stoiska z watą cukrową, piętnaście budek z lodami mijasz itp. No kiedyś, kurde, się złamiesz, zwłaszcza w obliczu nacisków 😀
      Zresztą nie upieram się przy kawie czy czymś tam. Każdy znajdzie jakieś groszowe wydatki, które wymykają się spod kontroli, a niekoniecznie muszą być tożsame z moimi, wiadomo.

  3. O. Dam to chłopu przeczytać, bo mnie nie chce słuchać…
    Ileż ja mu już natluklam do łba, że ma brać kanapki z domu, a nie „kupować śniadanie”.
    Owe śniadanie to około 20zł jednorazowo. Niby to raz, dwa razy w tygodniu, ale do cholery, to i tak daje ze 120-150zl miesięcznie.
    Podobnie sprawa się ma z zakupami w „Płazie”.
    Niby tylko grosze drożej, ale się zbiera.
    Ech… :/

    • O to to! Też mojemu mówię, zrób sobie wypasioną kanapkę w domu, a nie kupujesz u Pana Kanapki w pracy! Wiesz co jesz, a i parę groszy zostanie 🙂 niestety, został tak bezmyślnie wychowany i wymaga doszlifowania. Jedzenie prawie opanowane, teraz te wstrętne energetyki..

  4. Znamy, boleśnie. :/ Karta kredytowa śmiga co jakiś czas w przydrożnych sklepikach – tu 3 złote, tam 5.. a na koniec miesiąca trzeba spłacić -dzieścia razy więcej. Wrrrrrrrrr. :)))

  5. Ja co kilka dni piekę muffinki w zdrowej wersji (mąka pełnoziarnista, bez cukru) i Młody dostaje do szkoły na drugie śniadanie.
    Mam pewność, że je zdrowo, że zje (kanapki nie zawsze, zwłaszcza jak jest gorący dzień).
    12 szt. starcza średnio na 3-4 dni.
    Polecam. Roboty prawie wcale, koszt niewielki.

  6. Dokładnie dziś rozpaczalam że przecież żadnych dużych nieprzewidzianych wydatków nie było a konto niemal puste…przyczyną taka jak opisana przez Ciebie…

  7. Dla mnie najlepszym sposobem „jak wydać mniej” jest wysłać męża po codzienne zakupy. Kupuje tylko to co jest na liście zakupów. Mnie gubią właśnie dodatkowe zakupy, bo cena okazyjna, bo dziecko właśnie ma ochotę na coś, bez czego za chwilę zejdzie z głodu 😉 Dodatkowo bliskość wielu marketów i płatności bezgotówkowe – moja zmora.

    • Dokładnie. Wyslac meza. Moj tez kupi TYLKO TO CO NIEZBEDNE. Ale i tak pozniej ja musze isc dokupić mnostwo rzeczy, bo jednak przydaloby sie nie dralowac rano przed praca znow po coss…. 🙁 🙁 Choc ostatnio zauważyłam, ze wkrecil sie w slodkie. No i klops. Uzależnienie straszne. Kasa leci. A dziecko patrzy…. 🙁