Smartfonie nasz, któryś jest w ręce, święć się imię twoje…

20
1753

Zasadniczo wygląda to tak, że dzwoni dzwonek na przerwę, drzwi strzelają o futryny i na korytarz eksploduje tłum ludzi młodych i bardzo młodych. Tłum jest doskonałą reprezentacją ruchów Browna i atomy mogą naprawdę się wiele nauczyć – tak się powinno zderzać, panowie. Galaktyki kolidując ze sobą brały przykład z podstawówek, to pewne. Ten pisk, przy którym koncerty rockowe przypominają szeptane godzinki, ten bieg, który spłoszone stado bawołów jest w stanie wpędzić w kompleksy. Tak zazwyczaj wygląda przerwa w podstawówce.

Czy wszyscy jednak gwałtownie przemieniają energię potencjalną w kinetyczną? Czy robią to cały czas? Ależ skąd. Po pierwszym wyjściu z bloków momentalnie sadzają tyłki pod ścianami, po czym wszyscy jak jeden mąż wyciągają smartfony. Idę więc sobie korytarzem, mijam salę jakiejś IV a czy IV b i mijam też przy okazji kilkanaście (KILKANAŚCIE!) osób z tej klasy, które siedzą i rżną w gierki. Myślicie, że tylko IV a taka zdolna i usmartfowiona? A gdzieżby. Można minąć dowolne drzwi i obrazek będzie mniej więcej ten sam. Z pierwszakami włącznie. Chwila, kiedy dzieci nieprzynoszące telefonów do szkoły będą w mniejszości, jest już bliska.

Oglądam sobie Fakty na TVN i widzę reportaż na temat przynoszenia smartfonów do szkoły. Dziennikarz pyta poszczególnych złapanych, co to by było, gdyby dyrekcja zabroniła przynosić zdobycze techniki. Następuje reakcja jak u narkomana na detoksie. Oni sobie nie wyobrażają. To nie do pomyślenia. To niemożliwe, nikt takiego zakazu nie ośmieli się wprowadzić. Chyba by się załamali. Nie wiedzą, co by zrobili, ale życie straciłoby sens.

Wypowiada się psycholog (ho, ho, ho, psycholog, a nawet Psycholog), który mówi, że wydanie takiego zakazu byłoby nieludzkie. Dlaczego? Bo młodzież, która non stop korzysta z telefonów, myślałaby tylko o nich i – uwaga, uwaga – to nie sprzyjałoby skupieniu na lekcjach. I oni, biedni, zamiast rozważać, co poeta miał na myśli, myślami błądziliby gdzieś hen, daleko, w okolicach Snapchata i innego Fejsgłupa. No mówię, jak na detoksie.

Gdzie został popełniony błąd? Problem z naszym pokoleniem polega na tym, że w ogóle z popełniania błędu nie zdawaliśmy sobie sprawy. Weszliśmy w dorosłość w dobie gwałtownej rewolucji technologicznej i zostaliśmy zmuszeni do wypracowania określonych zachowań, a pozbawieni byliśmy wsparcia merytorycznego pokoleń poprzednich. Wcześniej tego nie było. Musieliśmy sobie rzeczywistość ułożyć od zera i określić się wobec niej. W pewnym momencie okazało się, że przebywanie godzinami w sieci jest zupełnie naturalne. Staliśmy się uzależnieni od opinii innych, jeszcze bardziej żądni sensacji niż to było wcześniej. Staliśmy się twórcami treści, nie tylko odbiorcami, a jej samej jest na tyle dużo, że już od dawna mówimy o nadpodaży różnego typu newsów. Najczęściej durnych i bezwartościowych. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy daliśmy sobie zapchać mózgi gównem. Pardą.

Dzieci są świetnymi obserwatorami i uczą się przez naśladownictwo, nie przez budujące pogadanki. Jeśli rodzice wiszą na fejsie, to i dzieci robią to samo, zwłaszcza że – tak to sobie fajnie tłumaczymy – że jak mamy własne dziecko wśród znajomych, to wiemy, co robi i z kim się spotyka. To wszystko zasłona dymna. Dopiero teraz pojawiają się pierwsze refleksje i spostrzeżenia, że chyba w którymś momencie straciliśmy grunt pod nogami i warto by odtrąbić odwrót na z góry upatrzone pozycje. Dopiero teraz widać potrzebę odpowiedniego stawiania granic już od samego początku.

Powiedzmy sobie jasno: to nie zdobycze techniki są złe. Złe może być ich wykorzystanie. To nie smartfon jest narzędziem szatana, to brak jasnych reguł od samego początku i brak wyznaczania granic sprawił to, co sprawił. Odseparowanie się od smartfonów czy tabletów nie jest rozwiązaniem. Rozwiązaniem jest wypracowanie odpowiednich, odpowiedzialnych i racjonalnych modeli zachowań.

smartfon

Beneficjentami takiej postawy mogą być dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, a co ze starszymi? Co z tymi, którzy ze smarfonami i internetem zetknęli się w momencie największego zafascynowania u ich rodziców, kiedy ci dopiero co zwariowali na punkcie nowości? Starsi są już spisani na straty. Oburza was to, co napisałam? A jak wyobrażacie sobie zmianę postawy u siedemnastolatka, który zamiast podejść do kolegi na przerwie i pogadać, wysyła do niego smsa, bo ten jest na drugim końcu korytarza? Przytoczyłam wypowiedź jednej z nauczycielek, nie wymyśliłam sobie tego. Co mu powiecie? Co powiecie piętnastolatce, która mówi, że gdyby zabroniono przynosić telefon do szkoły, to chyba by się załamała albo zwariowała? Nic nie powiecie i nic nie jesteście w stanie zrobić. Musielibyście przeprowadzić krwawą rewolucję. Mleko już się rozlało. Oni sami dowiedzą się za jakiś czas, na czym polegał błąd.

Myślicie, że największym problemem obecności dzieci w sieci jest niebezpieczeństwo przemocy seksualnej? To się zdarza, to prawda. Jednak największym niebezpieczeństwem według mnie jest codzienne nasiąkanie megabajtami chłamu, chłonięcie szitu, który wżera się w mózg i zmienia go w kaszkę. Największym niebezpieczeństwem jest przyjmowanie w siebie durnot, których młody człowiek, niedysponujący odpowiednim dystansem i doświadczeniem nie jest w stanie zweryfikować i przyjmuje za prawdę objawioną. Największym zagrożeniem jest stopniowa zmiana niezależnego myślenia w bezmyślenie i bezrefleksyjność właściwą dla masy, którą niezwykle łatwo manipulować.

Zresztą dlaczego zawężać do dzieci? Do nas odnosi się to samo. Jest powiedzenie, że za dużo seksu zrobi z ciebie krótkowidza. Dokładam, że za dużo internetu zrobi z ciebie idiotę.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że czytacie ten tekst właśnie w internecie. Prawdopodobnie trafiliście tu przez Facebooka. Być może uznacie tekst za wartościowy i prześlecie dalej, by inni, których znacie, również mogli go przeczytać. Być może skomentujecie, zgodzicie się lub nie. To wszystko zrobimy razem w sieci. Razem, zanurzeni w jednym i tym samym wirtualnym świecie, przeglądający elektroniczną rzeczywistość i żyjący w niej. Matrix nas więzi. Jesteśmy straceni?

Zdjęcie z pixabay.com

20 KOMENTARZE

  1. Ja tu zaglądam codziennie po mądrości i rozrywkę 😉 Powiem Ci, że u nas dzieciaki z klas I-II nie siedzą ze smartfonami pod klasą na przerwie, bo przerwy spędzają w klasie z nauczycielem 🙂 Niestety widuję dzieciaki 6-7 letnie już z wielkimi telefoniskami w małych łapkach najczęściej kiedy idą z nauczycielką na obiad do stołówki, albo jak już wracają do domów – niektóre dzieciaki wracają same (tak, te 6-7 letnie). U nas w klasie tylko jedno dziecko ma telefon, starą Nokię do kontaktowania się z mamą i babcią, bo wraca samo ze szkoły. Reszta nie ma i widzę, że większość rodziców nie ma zamiaru jak na razie zaopatrywać swoich dzieci w telefony. Moje dzieci korzystają z gierek w mojej komórce podczas jazdy autem, albo w poczekalni w przychodni, czasami w domu (mają wirtualne zwierzątko-trzeba się nim opiekować). Mają jasno wyznaczony czas na bajki i gierki w komputerze. Chcę, żeby znały komputer, nie bały się go używać i chcę, żeby wiedziały, że poza komputerem są inne fajne rzeczy oraz że bez komputera i Internetu można też fajnie spędzić czas, czy to samemu, czy to z koleżanką/kolegą. Nie możemy naszym dzieciakom zabronić całkowicie używania komputerów i smartfonów, mamy takie czasy, że nie obejdziemy się bez tego całkowicie – często praca od nas tego wymaga, czasem trzeba coś przesłać e-mailem i nie da rady inaczej np. Ja stawiam granice od początku i mam nadzieję, że się nie dam złamać i moje dziewczyny będą potrafiły korzystać z tego mądrze. O. 🙂

    • Czyli nie jest tak źle, jak myślę? To może jest dla nas nadzieja 🙂 Odnośnie najnowszych podstawówkowiczów mam inne obserwacje – smartfonów na pęczki. W założeniu mają zapewne służyć do kontaktu, w praktyce zastosowanie jest zupełnie inne.
      Moje dzieci korzystają z tabletu, komputera czy telefonu, ale staramy się – i mamy nadzieję, że nam to wychodzi – nakreślić rozsądne granice. Czy to będzie dobra strategia, życie pokaże. 🙂

  2. W naszej podstawówce dyrekcja wydała zakaz korzystania ze smarfonów (ogólnie, z komórek) w szkole. Młodzież jakoś przeżyła takie nieludzkie traktowanie, tylko, jak to ujęła wychowawczyni dziecięcia mego, chłopaki teraz na przerwach siedzą rżną w karty. I git.

      • powiem więcej, tłumy dzieciaków na szkolnym boisku przy ładnej pogodzie i pani z klasycznym dzwonkiem, dzwoniąca na koniec przerwy jakieś 2 minuty przed szkolnym dzwonkiem. Niesamowity jest widok tych dzieciaków, jak w pełnym pędzie wracają z przerwy. Ziemia drży, dosłownie 😀

  3. U nas teoretycznie zakaz wydany, w praktyce – jestem jedną z nielicznych, która to respektuje.
    Na pocieszenie – moja 3 klasa nie nosi komórek 🙂 Zresztą, w 1-3 na palcach jednej ręki mogę policzyć dzieciaki z telefonami w szkole. Ale była taka jedna mała uzależniona, która – gdy odebralam telefon i zdeponowałam u dyrekcji (odbiera rodzic) – siadła przy ścianie, przytuliła się do niej i ryczała nie mając zielonego pojęcia, co robić bez telefonu.

  4. Zgadzam sie z tym, ze internet oglupia. Dlatego tak wazne jest aby zmienic nauczanie w Polskich szkolach. Zamiast wpajania dzieciom wiedzy encyklopedycznej i stawianie piatek za wyuczenie sie czegos na pamiec moze warto uczyc jak byc krytycznym wobec tego co widzimy/czytamy, jak weryfikwoac informacje w internecie? technologia pedzi do przodu i tego nie zatrzymamy, ale aby wlasnie nie dac sie oglupic trzeba juz dzieciom pokazywac jak madrze weryfikowac, sprawdzac i byc krytycznym wobec zalewu informacji. Jak ja widze np jak wielu mlodych ludzi obiera sobie za wyrocznie Mariusza Maxa Kolonko i jego skrajnie subiektywny kanal na yt to zaczynam sie bac, jak to wszystko dalej bedzie wygladalo. Tak malo osob sprawdza i weryfikuje zaslyszane informacje, tak latwo jest im uwierzyc nawet w najwieksze teorie spiskowe czy zamachy… to wrecz przeraza. Dokad zmierza ten swiat?

    • Nie wiem, czy którykolwiek system szkolnictwa sobie z tym radzi. Spiskowe teorie dziejów nie są domeną polską, ale ogólnoświatową. Ba, część tez i to niemała przyszła z Zachodu. Wydaje mi się, że tąpnięcie kulturowe wynikające z rewolucji technologicznej jest takie samo wszędzie. I tak samo systemy są nieprzygotowane. Co nie oznacza, że nie należy tego zmieniać.

      • Dunski system radzi sobie dość dobrze. Ja wychowana w Polsce przez cała edukacje byłam uczona wykuwania na pamięć regułek i jesli tylko troche sie pomyliłam to juz ocena w dół. Nauczyciel nie sprawdzał nawet czy rozumiem recytowane pojęcia. Wyrocznia było wszystko co w książce a z nauczycielem nie mozna było dyskutować. Jak raz odważyłam sie powiedzieć do nauczyciela ze chyba sie myli to dostałam ocenę niedostateczna i juz więcej wolałam sie nie odzywać. Nawet na studiach na zaliczeniach trzeba było podawać regułki pojęć i teorie. Jak przyjechałam do Danii aby zrobić tu magistra to byłam zdziwiona ze nie zaliczyłam projektu ktory wydawałoby sie napisałam bezbłędnie. Zbierałam ciagle baty ze przepisuje książki i nie sprawdzam ani nie weryfikuje źródeł. Tutaj przy pisaniu projektu trzeba dokładnie uzasadnić dlaczego użyli sie takiego źrodła a nie innego, trzeba przeczytać conajmniej kilka opinii z rożnych źródeł i wyrobić sobie odpowiednia opinie dlaczego ta a nie inna. Na sprawdzianach i zaliczeniach w Danii mozna korzystać z książek i internetu!!! Bo pytania sa tak ułożone ze jak nie rozumiesz teorii to i tak nic nie napiszesz bo tutaj nikogo jiebibteresuje czy umiem z pamięci wyrecytować teorie. To wszystko jest juz w internecie. To czego tutaj w szkole sie nauczyłam to właśnie wyszukiwania i weryfikowania informacji, korzystania z porządnych źródeł. Nauczyłam sie myślec samodzielnie co było miła odmiana po uniweku w Polsce gdzie każdy przejaw myślenia innego niż profesor było natychmiast tępione. Tutaj wszystkie dzieci uczą sie właśnie w tak sposób, nikt nie wymaga recytowania z pamięci, za to wymagana jest umiejetność wypuszczenia właściwych informacji w zalewie chłamu oraz uczą myślec samodzielnie. Z nauczycielem trzeba dyskutować i nikt nie stawia tu jedynek za swobodniejsze odezwanie sie czy sprzeciwienie nauczycielowi.

  5. Ja dzisiaj trafilam na rozmowy w toku z Ewą Drzyzgą właśnie o uzależnionych dzieciakach. Wzięli je na detoks i wytarczylo odwrocić ich uwagę, potem już sami sobie wymyslali zajęcia.. Nie wyglądało to na trudne i straszne 🙂

  6. A ja jeszcze starą Nokię mam….. Ale jest nowiną techniczna – tablet który wymusła praca…. do tableta młoda sie czasem przystawi choć wiecie co – jak ja zawołam do zabawy to jednak okazuje sie to fajniejsze ze mama chce z nią coś porobić niż gierką czy bajka na tablecie….. Był moment lekkiego uzależnienia – minął i na razie nie wraca, pewnie do czasu….

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here