To jest zjawisko stare jak świat. Ci, którzy mieszkają w mieście, marzą o wyprowadzce na wieś. Ci, którzy mieszkają na wsi, ciągną do miasta. Jedni i drudzy twierdzą, że życie w miejscu docelowym jest o wiele łatwiejsze niż to, w którym obecnie się znajdują. Jestem mieszczuchem z krwi i kości, który jeszcze nie dojrzał do tęsknoty za wsią. Miasto jest – parafrazując Woody’ego Allena – tym, co mnie kręci i co mnie podnieca, co nie oznacza, że nie dostrzegam mankamentów tego rozwiązania. Wszystko ma jakieś mankamenty, nie ma warunków idealnych.

Zaletą miejskiego życia jest o niebo lepszy dostęp do rynku pracy, możliwości edukacyjne, oferta kulturalna w zasięgu ręki i szeroko zakrojone życie towarzyskie (to nie oznacza, że na wsi życia towarzyskiego nie ma, nic z tych rzeczy, ale akcja facebookowa w stylu “ludzie, o 16.00 spotykamy się tu i tu, bo idziemy fotografować zabytki” na wsi ma małe szanse powodzenia z przyczyn frekwencyjnych). Wadą miejskiego życia są jego koszty, o wiele większe niż na wsi. I dzisiaj właśnie o nich.

Ile kosztuje życie w mieście?

Weźmy dla przykładu mój własny portfel jako typowego człowieka z miasta. Do moich stałych wydatków comiesięcznych należą:

  • rata kredytu hipotecznego (1100 zł)
  • opłaty mieszkaniowe (tu trudna sprawa, dopiero się przeprowadziliśmy, ciężko oszacować, ale powiedzmy około 450 zł ze wszystkim, jak wyliczaliśmy)
  • urbankarta (90 zł)
  • abonamenty telefoniczne (w sumie 80 zł)
  • obiady w szkole dla trójki dzieci (300 zł)
  • dodatkowe zajęcia plastyczne też dla całej trójki (165 zł)
  • comiesięczne składki na komitet – takie przyjęto rozwiązanie, zamiast opłaty jednorazowej (50 zł łącznie dla trójki dzieci)
  • ubezpieczenie moje i męża (150 zł)

To nam daje łącznie 2385 zł podstawowych kosztów życia, z których nie ma jak zejść. No, jakby się uprzeć, można nie opłacać dzieciom plastyki i można ich nie posyłać na obiady, ale po pierwsze ważne jest dla mnie szlifowanie tego, w czym są dobre, a po drugie przy ich trybie nauki (druga zmiana) obiad w szkole jest jedynym rozwiązaniem, by zjeść go o normalnej godzinie, a nie o 18.00.

To jednak nie wszystko. Dochodzą wydatki na paliwo, bo od czasu do czasu jednak trzeba dojechać do pracy czy gdzieś tam autem (około 250 zł miesięcznie – auto rzadko używane i jeździ na gaz), wycieczki szkolne do teatru, kina czy gdzieś tam (powiedzmy 60 zł raz na miesiąc lub dwa), no i zwyczajne wydatki na jedzenie, które w przypadku pięcioosobowej rodziny są niemałe. A jeszcze człowiek od czasu do czasu chciałby zabrać dzieci do kina (trzeba liczyć około 100 zł dla jednego dorosłego i trójki młodzieży) albo na lody (gałka 3 zł i więcej), albo pójść do aquaparku (100 zł dla rodziny), nie mówiąc już o innych przyjemnościach. Drogo? Strasznie drogo.

Mieszczuch musi oszczędzać, bo…

Dlatego mieszczuchy muszą oszczędzać. Muszą. Jeśli od czasu do czasu mieliby pozwolić sobie na coś ekstra (przez “ekstra” rozumiem właśnie to kino czy aquapark, żadne aj waj), muszą przesunąć pieniądze z innego miejsca. Pieniądze nie powstają w cudowny sposób, nie rodzą się w bankomacie, trzeba skądeś zabrać, by gdzieś mieć więcej. No to skąd zabrać?

Jeśli mieszczuch mieszka na peryferiach lub w ogóle poza miastem (wsie tuż obok dużych ośrodków zmieniają się w podmiejskie sypialnie), musi dojechać autem, bo z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że komunikacja leży i kwiczy. Dobrym rozwiązaniem jest korzystanie z parkingów park and drive. Nie ma sensu ze względów kosztowo-czasowych pchać się z autem do centrum. Taniej, wygodniej i szybciej jest je zostawić na parkingu i dalej jechać komunikacją miejską. Zwyczaj szeroko praktykowany w Europie zachodniej. Jeśli już używam auta, to właśnie tak robię, niejeden z moich znajomych też.

Jeśli mieszczuch mieszka bliżej centrum, zbiorkom z powodzeniem może zamienić na rower. Podejście do cyklistów ostatnio w miastach mocno się zmienia, powstają ścieżki rowerowe, miejsca parkingowe dla rowerów itp. Niejeden z moich znajomych z korpo odwozi dziecko do przedszkola czy żłobka właśnie rowerem. Naprawdę sporo pieniędzy ulatnianych ze spalinami zostaje w portfelu.

Dobrze by było, by mieszczuch przyjrzał się temu, co wydaje na telewizję czy telefon. Jest miliard ofert, które wydają się całkiem darmowe (szok i niedowierzanie), a na dodatek dostaje się dwa tablety i trzy telefony, po czym tak zupełnie nieoczekiwanie okazuje się, że abonament kosztuje skromne 160 zł miesięcznie, bo jeszcze jest nielimitowany internet. Naprawdę jest taki wybitnie niezbędny nielimitowany internet? W dobie WiFi? Najczęściej jest tak, że człowiek wykorzystuje co najwyżej 30% tego, co ma udostępnione w ramach abonamentu. Wniosek – warto abonament zmniejszyć. Zostanie kasa na przykład na kino.

Jeśli mieszczuch ma kablówkę, to dobrze by było, żeby się dogłębnie zastanowił, po co mu ona. Tempo pracy i życia miejskiego jest takie, że najczęściej człowiek ma siłę i czas, by obejrzeć serwis informacyjny, początkowe napisy jakiegoś filmu i już chrapie. Jaką część oferty telewizji kablowej wykorzystujesz? Jest sens płacić tyle miesięcznie dla serialu i filmu przyrodniczego, który się raz na trzy tygodnie zobaczy?

Jestem z miasta, więc umiem oszczędzać?

Jedną z często występujących u mieszczuchów wad jest przekonanie, że skoro już mieszka w mieście, to wiedzę na temat finansów przyswaja na zasadzie osmozy. Wystarczy tu żyć, reszta przyjdzie sama. Dlatego skacze od banku do banku w poszukiwaniu najlepszych lokat, w gronie znajomych wypowiada się na temat inwestycji (których nie ma, ale gdyby miał, to ho, ho, tak się zna!), coś tam przebąkuje, jakby to on zainwestował w akcje, bo wolny rynek przecież i dostęp do usług finansowych ma, bo w mieście żyje, lekceważy natomiast to, co jest absolutnie niezbędne, by myśleć o lokowaniu pieniędzy.

Najpierwszą rzeczą, fundamentem wszystkiego, priorytetem z gatunku pierwszego primo jest racjonalizacja kosztów, prześwietlenie budżetu, uporządkowanie i zredukowanie niepotrzebnych wydatków. Masz pieniądze do ulokowania? Super! Ulokuj je, zerknij chociażby na BGŻOptima, ale zrób to, co najważniejsze – przemyśl gruntownie swój budżet. W przeciwnym wypadku będziesz musiał zerwać lokaty przed czasem, bo okaże się, że coś tam gdzieś jeszcze trzeba dopłacić.

To właśnie starałam się przez cykl tych pięciu tekstów pokazać. Budowanie domu zaczynamy od fundamentów, nie od dymu z komina. Coś, co wydaje się trywialne, okazuje się kluczowe dla dalszych działań. Mam nadzieję, że i mnie i wam przybędzie pieniędzy w portfelach. Nie przez cudowne rozmnożenie czy wygraną w totolotka, ale przez mądre ich wydawanie. Howgh.

Cykl tekstów oszczędnościowych powstawał pod patronatem BGŻOptima, co jest bardzo zabawne, bo tam właśnie trzymamy część pieniędzy. Tak to się ciekawie złożyło 🙂 Gorąco zachęcam was do przeczytania arcyciekawego raportu „Polak Oszczędny 2016„, z którego wiele można wyciągnąć inspirujące wnioski.

Pozostałe teksty w ramach projektu „Misja Oszczędzanie”

14 KOMENTARZE

  1. Oj, mi z rok zajęło ogarnięcie budżetu. Zawsze gdzieś mi coś umykalo i, tym samym, budżet się rozjezdzal 😉
    W małym mieście koszty mieszkania nie spadają nawet. Sami płacimy około 2400 za „życie” (odstępne, czynsz, media, telefony, telewizja, inne pierdu pierdu).
    Podstawą okazało się… Osobne konto dla kotów (trzy bestie pod dachem). Co miesiąc przelewam po 50zł na futszaka plus 50zł zapasu (czyli dwie stowki). Od tej pory nie straszny nam weterynarz, czy końcówka karmy na początku miesiąca 😉
    Innym mykiem, który wypracowalam jest odkładanie „nadprogramowej” kasy. 2400 opłat plus 200 koty plus 800 „na życie”. Cała reszta ląduje w oszczednosciach. Z puli „na życie” co tydzień zabieram 200zł. I jeśli w niedzielę coś zostaje w portfelu to leci do skarbonki „na wakacje”. Około 200zł miesięcznie mamy na wakacje, niezależnie od oszczędności na koncie 😉
    Taki system w końcu nie przewiduje dziur budżetowych ;p Bo jak nam brakuje kasy „na życie” to kradnie się że skarbonki wakacyjnej. Chociaż jeszcze się nie zdarzyło 🙂

    Może komuś spodoba się taki system organizacji budżetu 😉

    • Informacje na pewno pomocne. 🙂
      Ważne jest jeszcze – to w przypadku freelancerów – odkładanie pieniędzy w miesiącach tłustych na miesiące chude. Jest pokusa, przerabiałam to na własnej skórze, żeby w miesiącach tłustych zaopatrzyć się w rzeczy, na które normalnie pieniędzy by się nie wydało. No bo tyle się ich ma, a przecież na ten miesiąc i dwa następne są poplanowane zlecenia. Potem człowiek się uczy, bardzo boleśnie się uczy, że pewne zlecenie to takie, za które właśnie otrzymaliśmy zapłatę, bo nawet wystawienie faktury nie gwarantuje zarobku. Przynajmniej w Polsce. A z zaklepanych zleceń kilka wypada, inne się przesuwają na dalsze miesiące i człowiek budzi się z ręką w nocniku.

      • Nawet w „normalnych” firmach są różne zarobki 😉 Mój mąż jest elektrykiem, więc normą jest, że zimą jest mniej zleceń. Latem potrafi i 3500 przynosić, a zimą i 1800 się zdarza…
        A jeszcze moja renta to też średnio stabilne źródło dochodu, więc lepiej jest kamuflowac nadwyżki na różnych kontach 🙂

        • No właśnie, podobnie mają ludzie w miejscowościach wypoczynkowych (sezon trwa krótko, musi starczyć na inne miesiące) czy w budowlance – latem zapiernicz od świtu do nocy, ale w zimie pustki. Tak jak piszesz – nadwyżki odkładać, w razie czego będzie na gorsze czasy 🙂

  2. Jestem freelancerem i żeby wszystko nam w finansach grało, mamy od paru lat dość skomplikowany system z trzema zakładkami w excelu i kilunastoma kontami oszczędnościowymi (w mbanku można). Wszelkie nadwyżki idą do rożnych „szufladek”, np.w jednej odkladamy na opłaty roczne jak użytkowanie wieczyste albo oc samochodu, na innym awaryjne na jakieś naprawy, na jeszcze innym na weterynarza. Dzięki temu nieprzewidziane wydatki nas nie rujnują, a i na bieżąco mniej się wydaje, bo te przesunięcia robimy na początku miesiąca zostawiajac sobie określoną sumę na życie na dany miesiąc.

  3. Tak się zastanawiam,skąd pomysł,że na wsi taniej?Chyba nic tu nie jest taniej.Może tylko oszczędzę na „urbankarcie”,za to wydam na paliwo. Kredyt taki sam, opłaty szkolne,telefon,ubezpieczenie,media.A dodatkowo podatek od gruntów,kominiarz…Mimo to,przeżywszy 26 lat w mieście, uciekłam na wieś:)

    • Ja myślę, że na wsi MOŻE być taniej (choć wcale nie musi), bo jest mniej pokus typu jedzenie na mieście, kawa za 14zł w Starbuniu czy „zajrzę do galerii, no tylko podglądać, nic nie kupię, ahaa, no może tylko te kozaczki, taka okazja!” 🙂

    • To jeszcze raz z FB i Instagrama. Przeklejam.
      Jeśli Twoja wieś jest tuż przy mieście i oddziela Cię od miasta jedynie granica administracyjna, jeżeli jeździsz do tego miasta do pracy i Twoje życie i dochody od miasta zależą, to jesteś mieszczuchem jak ja. Różnica jest taka, że ja się mieszczę jeszcze w granicach administracyjnych miasta, a Ty nie. Koszty ponosisz te same. Nie utrzymujesz się z rolnictwa prawda? Nie trzymasz drobiu, żeby mieć własne jajka itp. Mieszkasz na tyle blisko miasta, że nie musisz. Dlatego ponosisz miejskie koszty utrzymania.
      Napisałaś też na Insta w odpowiedzi na to, że w takim razie jesteś mieszczuchem z dojazdami i że takiej prawdziwej wsi już nie ma. A ja po pierwsze przyznaję Ci rację odnośnie dojazdów, a po drugie dodaję, że ta wieś jest i to bardzo jest. Ja się z nią na co dzień spotykam w pracy. I dodałam, że dobrze człowiekowi robi rundka po małych miasteczkach i wsiach, które leżą na tyle daleko od większych metropolii, że ze względu na problem z połączeniem komunikacyjnym nie jest możliwe dojeżdżanie do większych ośrodków do pracy. To jest zupełnie inny świat i zupełnie inne koszty życia z konieczności i uwarunkowań geograficznych. A jeśli mówisz, że takiej wsi nie ma, to wybacz, ale jesteś z miasta, to widać, słychać i czuć 😉

  4. Chyba można zrobić jeszcze kategorię „Warszawa”. Wielkie miasto a jednak stolica. Więc rządzi się specjalnymi prawami. Raty kredytów większe, ze względu na ceny mieszkań. Benzyna droższa, sport i rekreacja, zatrudnienie niani, zajęcia dodatkowe, kultura i sztuka – patrz teatr i kino. Czynsz najmu też droższy. Oczywiście zarobki są wyższe, ale nie o tyle, żeby zrekompensować wyższe koszty podstawowego utrzymania. Mam porównanie z Krakowem i Katowicami, więc znam nieco tematy finansowe z wielkich miast poza stolicą. Dobrze, że dyskonty mają wszędzie te same ceny:-)

  5. Opłaty mieszkaniowe wyszły Wam 450 zł? Serio? Ze wszystkim? Czynsz, prąd, woda, gaz , opłaty deszczowe , śmieciowe itp itd? No to szacun. My poniżej 900 zł nie schodzimy, ale to BSK niestety (albo i stety – zależy jak patrzeć 😉 )