Nigdy byś nie przypuszczała, że będziesz liczyć rodzynki. Nie mówiąc już o ciasteczkach czy orzechach. Do głowy by ci nie przyszło, że do sprawiedliwego (podkreślam, SPRAWIEDLIWEGO) podziału ciasta będzie ci potrzebny mikroskop elektronowy. I że jedna chrupka więcej może zaważyć na losach wszechświata, rozpętać konflikt nuklearny, który nie mieścił się w najśmielszych marzeniach Kim Dzong Ila, spowodować masowe wymieranie gatunków nie gorsze niż za czasów dinozaurów i po prostu zadziwić. A jednak.

Myślałaś też, że młodzież okaże wdzięczność za wikt i opierunek, za wielokrotne i jakże częste czuwanie nocne przy łóżeczku, za wszelkie pogłaskania, przytulenia i całowanie kolanka, za ojojane rany i skaleczenia (które, jak wiadomo, wtedy goją się szybciej), za warowanie w przychodniach i „pewnie, że nic nie będzie bolało”, za… No, w każdym razie wyobrażałaś sobie różne rzeczy, ale nie to, że usłyszysz:

– A ona zawsze jest pierwsza!

Albo:

– A ty jemu zawsze dajesz więcej!

Ewentualnie:

– A ty nigdy mnie nie chwalisz, a jego to zawsze!

On/ona zawsze ma lepsze, większe, szybsze i bardziej zielone. Ciasto na siostrzano-braterskim talerzyku jest zawsze tym smaczniejszym kawałkiem ciasta, a guma balonowa robi większe balony. Twoje ryzykowne stwierdzenie pod adresem rodzeństwowej konkurencji „O jaki piękny rysunek! Jestem z ciebie dumna!” rodzi nieodmiennie bunt, szok i sprzeciw:

– A mój to nie jest piękny, wiedziałam!

Zapewniasz wtedy, że jasne, że piękny, ono nie wierzy i dalej strzela fochem, nie martwiąc się specjalnie o celność wystrzałów, ty więc przypominasz z uporem maniaka i drobiazgowo wyliczasz z zacięciem śledczego, co i kiedy spotkało się z twoimi słowami uznania. Nie rozumiesz przy tym, jak to możliwe, że tyle starań, nawet tych bardzo niedawnych, sprzed mniej więcej dwudziestu minut idzie z przytupem w niepamięci cud. Jak to możliwe, że ona i on nic totalnie nie pamięta i kreuje rzeczywistość co najmniej alternatywną!

Co robić? Jak sprawić, żeby widzenie twoje i jego/jej było spójne. Jak zadziałać, żeby wreszcie przestało pleść bzdury, które nie tylko wpieniają, ale i bolą? Niezawodny patent nie istnieje. Gorzej, nie ma czegoś takiego jak „patent”. Nie ma jedynie słusznej metody. Nie ma żadnej metody. Cała rzecz, moim skromnym zdaniem, zasadza się na dwóch elementach.

Po pierwsze cierpliwie tłumaczyć jak krowie na rowie, że docenienie trudów rodzeństwa nie oznacza, że nie docenia się trudów „powoda”. Eksplikować, że każdy ma jakiś talent i niekoniecznie jest on taki sam, jak u „konkurencji”. Jeśli on jest najszybszy, to ty nie jesteś, to jasne, ale za to świetnie radzisz sobie na hulajnodze, normalnie wymiatasz. Oczywiście, że doceniasz wszystkich po równo, kochasz tak samo, jesteś obok, ale ponieważ każdy jest inny, u każdego zauważasz coś innego (rym-cym-cym). Zwracasz uwagę na to, że zaprawdę godne to i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne cieszyć się z sukcesów rodzeństwa, a nie mu ich zazdrościć. Bo zazdrość niszczy, a radość z sukcesu inspiruje.

I możesz oczywiście zostać mistrzynią tłumaczenia w kółko, bo drugi element jest taki, że musisz się z tym pogodzić. Z tym zapominaniem o twoich staraniach. Tak już będzie, bo ty też nie pamiętasz o tym, jak tańczyła wokół ciebie twoja matka. I dopiero na przykładzie własnych dzieci widzisz, jak bezsensownie czepiałaś się pierdół, kiedy miałaś lat siedem czy osiem. Albo osiemnaście. Albo trzydzieści osiem, bo twoja matka na przestrzeni dziejów ewoluowała od tej, która nigdy nic nie rozumie, przez domowe gestapo do upierdliwej staruchy, która wtrąca ci się we wszystko i ustawia życie według własnych reguł. Pieluchy? No może tam jakieś ci kiedyś zmieniała, ale jakie to ma teraz znaczenie, co nie? No właśnie. Twoje dziecko będzie patrzyć dokładnie tak samo.

Wszyscy tacy jesteśmy. Zapominanie o staraniach innych, o codziennych wyrzeczeniach matek i ojców leży w naszej naturze. To nawet silniejsze od nas. Nie ma się co zżymać. Nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptowanie pracy na pełen etat w charakterze rozjemcy i negocjatora między rodzeństwem i zapewniacza o docenianiu i miłości.

No ale jak to! To nie o mnie! To o innych! Tak, tak, zawsze są jacyś inni. Prawda jest taka, że ani twoje dzieci nie są jakieś szczególnie wredne, ani ty nie zawaliłeś jako rodzic. Przestań wreszcie doszukiwać się popełnionych przez siebie błędów, rzeczywistych lub urojonych, przyjmij życie takim, jakie jest. Masz najtrudniejsze zadanie na świecie – wychować porządnego człowieka. Ni cholery nikt jeszcze nie wpadł na to, jak to niezawodnie zrobić.

– A czy ty mnie naprawdę kochasz? – pyta ośmiolatek, kiedy odstawiasz go do szkoły, i nie wiesz, co, do diaska, może wzbudzać w nim wątpliwości.

– Życie bym za ciebie oddała – mówisz. – Tylko na litość boską zjedz dzisiaj te kanapki z szynką!

I tyle.

Ikona notki z pixabay.com

6 KOMENTARZE

  1. Tylko drugi rodzic jest w stanie zrozumieć dramat matki, która nie może znaleźć w sklepie dwóch lizaków w identycznych kolorach, kształcie, że o wielkości nie wspomnę 🙂

  2. E tam, jak dasz dwa takie same to akurat będzie któreś miało ochotę na inny.
    Ja właściwie nie znam tego tematu, jakoś nas omija albo nie zauważam. A może to zasługa stosowania prawie od urodzenia zasad z małej książeczki „Rodzeństwo bez rywalizacji”. Polecam.