Tak, to właśnie tak miało zabrzmieć. Przyśnił mi się. Nie wiem, może medycyna zna takie przypadki, może wyśnienie sobie przepisu kulinarnego wcale nie jest sprawą tak niezwykłą, nawet jeśli śni się o najdrobniejszych szczegółach, jak proporcje, czy kolor makaronu (tak, kolor, wyjaśnię poniżej), może jest to coś, co zdarza się wielu, może to się zaczyna w pewnym wieku lub pewnym stadium klinicznym, nie wiem. Wiem jedno – poszłam za ciosem, bo skoro wyśniłam, to postanowiłam zrobić. I zrobiłam. I co dalej? I było pyszne. Skoro więc było pyszne, to postanowiłam uzewnętrznić dzieło rąk moich, okazać światu możliwości fazy REM.

Bób z kolorowym makaronem

Cały wic polega na tym, że potrawę można zjeść jako obiad, czyli na ciepło, i jako sałatkę, czyli na zimno. Jedno i drugie smakuje wybornie, choć wersja ciepła podeszła mi bardziej. Ponieważ jednak ci, co to czytają, przestępują z nogi na nogę i przewijają niecierpliwie tekst, by dojść do składników i proporcji, to i ja wezmę na smycz moją elokwencję i przejdę do sedna sprawy. A zatem.

Składniki:
  • 250 g makaronu – musi (podkreślam MUSI) być do makaron kolorowy. Przyśnił mi się z wyciągiem z buraków, czyli taki różowawy, ale dobry będzie też z dodatkiem pomidorów, czyli pomarańczowy. Oba bez problemu dostaniemy w hipermarketach, bywają w Biedrze (i pewnie dlatego się pojawiły, bo i ja tam bywam). Z braku laku użyłam makaronu razowego i choć było ok (bardzo OK), ale – jak śpiewa De Mono – to już nie to samoooo. Znowu odpłynęłam, ad rem. Makaron KOLOROWY.
  • 500 g bobu (czyli po prostu woreczek)
  • pęczek pietruszki
  • kilka ząbków czosnku – ile to kwestia gustu, ja lubię ostre rzeczy, u mnie było tych ząbków pięć.
  • oliwa z oliwek, tudzież olej, tudzież co tam dajemy. Ja daję olej.
  • 1/2 cytryny (tak, cytryny), z której pracowicie wyciśniemy sok.
  • pieprz

I to wszystko. A co dalej? Dalej jak najwspanialej.

Makaron gotujemy i odcedzamy. Bób gotujemy, a następnie po ostudzeniu obieramy. To najbardziej upierdliwa część zadania, reszta to bułka z masłem. Ząbki czosnku przepuszczamy przez praskę lub ścieramy na tarce (pokrojenie ich nic nie da, serio, serio) i dodajemy do uprzednio wymieszanego oleju z wyciśniętym sokiem z cytryny. Robi się taki sosik czosnkowo-cytrynowy. Mniam, mniam.

Ugotowany makaron mieszamy z bobem i sosem, dodajemy posiekaną natkę pietruszki (tak jest, po całości, po całości), wszystko mieszamy i… zajadamy. Nie przyśnił mi się żaden dodatek płynny, dlatego nie mam pojęcia, jakie wino mogłabym do mej potrawy zaproponować, białe czy czerwone. Ze względu na obecność makaronu sugerowałabym czerwone, jednak biorąc pod uwagę nieskomplikowanie dania i jego lekkość, lepsze wydaje się białe. Tak czy inaczej ja sobie machnęłam kawkę, a co. Siekierzastą raczej, a co.

Na koniec zostało zdjęcie. Zdjęcie cyknięte zostało smartfonem, konkretnie iPhone’em 5s, jako że nie chciało mi się sięgać po lustrzankę, a dodatkowo przeszkadzała mi świadomość, że zdjęcia kulinarne nie są moją najmocniejszą stroną, co znacząco wpłynęło na motywację sięgnięcia po Nikona. Negatywnie wpłynęło, stąd ten smartfon. Smartfonem mogę i umiem robić rzeczy naprawdę ładne, a kto tego nie wie, tego zapraszam na kanał instagramowy, gdzie szaleję pod nickiem „jestem_z_wrocka” (http://instagram.com/jestem_z_wrocka). No, to zdjęcie, zdjęcie. Proszszszszsz. Państwo się nasycą.

5 KOMENTARZE

  1. gdyby zamiast bobu był szpinak..;P Sam bób, jest jednym z najbardziej nielubianych przeze mnie warzyw. Moja mama zawsze to robiła – blee:) Teraz pewnie bym zjadł, ale jakoś specjalnie nie ciągnie mni, by spróbować:P

  2. A co jeśli nienawidzę pietruszki? Czy jej brak bardzo zepsuje smak potrawy? A gdybym tak koperek w to miejsce dodała?

  3. To chyba sezon na nietypowe sny. Mój mąż kupował tej nocy osiem par okularów, a ja jeździłam naprawiać tłumik w samochodzie. I okulary, i tłumik znajdują się w senniku, sprawdź bób! ;-))