Są buty i buty. Twórcze było to stwierdzenie i odkrywcze jak jasna cholera. Rozwinę więc. Są buty, na które po prostu patrzysz i stwierdzasz, że buty. No są. Funkcjonują. Są jednak i takie, na które patrzysz i mówisz „o w mordę jeża, ale odjechane buciszcze!”. To jest ta subtelna różnica. Lepiej mieć na nogach te drugie. Czasami jednak w ich przypadku (tych odjechanych) obserwujemy dwie sprawy. Po pierwsze cena – no, to raczej często obserwujemy – potrafi być taka, że przed spojrzeniem na kartonik powinieneś skonsultować się z lekarzem lub farmaceutą. Po drugie możemy napotkać przerost formy nad treścią, co ja wolę nazywać szczuciem marką (analogicznie do szczucia cycem). W sensie, że materiały zużyte do produkcji jakoś szczególnie wypaśne nie są, wykonano w Tajlandii czy innym Pakistanie, ale logo jest widoczne z kilometra i o to chodzi.

Trafiłam w internecie na buty MEL Dreamed by Melissa. Wizualnie – wypas. Mieć takie coś na nogach to jest coś. Rzućcie okiem.

Fotka z www.my-lifestyle-news.com

Oryginalne, z jajem, z przymrużeniem oka, z dystansem do siebie i świata, ładne, zgrabne i bardzo drogie.

Fotka z www.melshoes.com

To znaczy nie, wróć. Z tym bardzo drogie to właśnie nie wiadomo. Bo umówmy się, że 230 zł za buty to nie jest cena przyprawiająca o zawał. Tylko pytanie, z czego te buty są. Bo jak tak patrzę na MEL Dreamed by Melissa, to wychodzi mi, że to… plastik. Fantastik, ale jednak plastik. A 230 zł za plastikowe klapki to miazga.

Fotka z fashionpr.pl

Cholera, nie wiem, ale przy najszczerszych chęciach nie jestem w stanie dopatrzyć się w tym skóry albo przynajmniej materiałów bardziej przyjaznych stopie użytkownika.

Fotka z fashionpr.pl

Fotka z www.uushoes.com

Podsumowując, oko zawieszę, powzdycham, nawet ślinka mi pocieknie, ale ręka jakoś tak szczególnie chętnie do portfela nie sięga. A moja ręka wypracowała sobie przez lata daleko posuniętą autonomię.

Notka przeniesiona z mojego drugiego bloga „My, babki”.

8 KOMENTARZE

  1. To jest taka plastiko-guma,ale taka co to nodze krzywdy nie zrobi,i pachnie do tego!Są mega wygodne i warto wydać te pieniądze

  2. te buty są cudne, sa wygodne, mięciutkie, trzeba dotknąć, założyć, żeby wiedzieć o czym mówię. Nie żałuję ani złotówki jakie na nie wydałam. Codziennie myte, szorowane, nie tracą na wyglądzie i zapachu, jak nie pękną z jakiegoś powodu to mnie chyba w nich pochowają. Mam 1 parę ale na pewno będzie więcej.

  3. Krusz, możemy się kiedyś we Wro umówić, ja mam ze cztery pary różnych Mel i Meliss (i oczywiście czaję się na kolejne), to Ci pokażę, że to naprawdę fajne buty są! Ja latem nie zamienię ich na inne – są miękkie, nie odparzają/obcierają bardziej niż inne, a pachną i po każdym użyciu można je sobie umyć (schną błyskawicznie). Do tego modeli mnóstwo. A, i zmierzyć je można w Riccardo w Renomie, a kupić… promocyjnie w sklepach internetowych czy na allegro.

  4. I naprawdę noga nie poci się tak strasznie?Ja noszę tylko skórzane i to mnie trochę przeraża.Można taki but zdjąć u kogoś bez krępacji?Znaczy swój but,rozumiemy się…?

  5. ostatnio kolezanka zdjela meliske z nogi i dala mi powachac – bynajmniej nie czulam zapachu upoconej giry 🙂 wiele znajomych kupuje je sobie na wesela jako „najwygodniejsze ever”. Cos w tym musi byc i tez wzdycham do jakiejs pary…

  6. Ja kupiłam swoje pierwsze. Też jestem z tych, co tylko w skórzanych, bo inaczej basen i kałuże.. a o innych czynnikach bardziej lotnych nie wspomnę.. W Melissach.. chodzę sobie po szkole-pracy.. gram z dziećmi w nogę i po kilku godzinach zdejmuje z nogi i daje powąchać koleżance 😀 mina-bezcenna, strach, krępacja.. wdech.. „oooo, pachną!” 🙂