To jeden z tych tematów, których nie da się załatwić prostym stwierdzeniem tak lub nie. To jeden z tych, które dotykają nas wewnętrznie, często ten dotyk jest nieprzyjemny, bo… właściwie nie wiemy, jak powinniśmy się zachować, jak postąpić sami oraz czy postępowanie innych ludzi względem nas (i naszych dzieci) jest słuszne. Gdzie kończy się wychodzenie na przeciw drugiemu człowiekowi a zaczyna zgoda na wykorzystywanie samego siebie? Co jest lepsze: „powinienem” czy też „mogę, ale nie muszę” i za to „nie muszę” nikt nie przypnie mi łatki sobka, a za „powinienem” łatki ofiary? To wszystko nie jest takie proste.

Napisała do mnie mama pewnego dwulatka…

Stop. Tutaj coś powiedzmy. Bardzo, bardzo się cieszę, że do mnie piszecie, to jest super. Taaaaaak mi morale jedzie do góry, jak ktoś pomyśli „napiszę do Kruszyzny, może ona coś wie”. Szał, ludzie, ja mam zawsze koparę w parterze. Pojawiają się propozycje tematów (i róbcie tak dalej 🙂 ), pojawiają się pytania. Jeśli mogę, to odpowiem, ale wobec części jestem po prostu bezsilna. Nie wiem. Zwyczajnie nie wiem.

Pytanie mamy dwulatka stawia mnie gdzieś pomiędzy „wydaje mi się, że wiem, co powiedzieć” oraz „nie jestem pewna, czy to, co zaproponuję, jest doskonałe pedagogicznie”. Pozwolę sobie przytoczyć list prawie w całości, bo to świetnie nakreśli problem. Wytłuszczenia moje.

„Po moim dzisiejszym wyjściu na plac zabaw z moim pierworodnym prawie dwulatkiem pojawiło mi się takie oto pytanie: czy ja jako matka powinnam ingerować gdy syn zabiera zabawki dzieciom, chce się z nimi bawić (a przykładowo one z nim nie, bo jest przykładowo młodszy tudzież nie są aż tak towarzyskie i bezpośrednie etc) lub inne tego typu kwestie. Najchętniej to bym się zupełnie nie wtrącała ale coś tak czuję, że tego się ode mnie oczekuje (patrz inne matki) i ostatecznie wychodzę na tę przewrażliwioną… No i nie wiem jak to jest, bo przecież kiedyś się też dziecko powinno nauczyć (a ja powinnam mu to wyjaśnić), jak się dzielić i ogólnie współdziałać z innymi…”

No dobra, zakasujemy rękawy i do dzieła. Mamy tu właściwie kilka spraw:

  1. Jak powinien się zachować rodzic dwulatka, kiedy jego dziecko zabiera zabawki innym?
  2. Czy przypadkiem nie mamy do czynienia z oczekiwaniami społecznymi względem rodzica i swego rodzaju presji oraz czy ta presja jest słuszna?
  3. Spełniać oczekiwania czy olewać sprawę?
  4. Jak uczyć dziecko współdziałania z innymi i jak je uczyć, że powinno się dzielić.

Zacznijmy od punktu pierwszego.

Czy dwulatek rozumie, co to znaczy „moje”?

Dziecko w wieku dwóch lat nie socjalizuje się jeszcze z innymi dziećmi. Owszem, nam się wydaje, że ono wspaniale się z innymi bawi, świetnie się z nimi rozumie i ogólnie „chce do dzieci”, ale warto wiedzieć, że dwulatek ma inne dzieci – pardą – doskonale w swej okolicy pieluszkowej. Fajnie, że są, ale jakby ich nie było, też byłoby świetnie. To jeszcze nie jest ten etap rozwoju. Jasne, że nieco inaczej wygląda to w przypadku dzieci żłobkowych, które siłą rzeczy funkcjonują w grupie, bo muszą, ale czas nawiązywania relacji grupowych przypada na okres trzeciego roku życia i później. Dwulatek inne dzieci traktuje jako specyficzne elementy otoczenia, nie jako kompanów do zabawy, to ważne.

Po drugie dwuletnie dziecko nie rozumie jeszcze, co to znaczy, że coś jest jego lub nie jest jego. Leży obok, biorę, jest moje. Nie obchodzi mnie, że jest czyjeś, tylko ktoś chwilowo się tym nie bawi. Nie bawi się, więc jest moje. Poczucie własności jeszcze się w nim kształtuje i świadomość poszanowania własności oraz oczekiwań i konwencji społecznych co do własności są jeszcze przed nim. Ergo dwulatek nie rozumie, że najpierw powinien zapytać, czy może coś wziąć (pomijając fakt, że najczęściej jeszcze nie mówi lub mówi kiepsko), on po prostu to bierze, nawet wyrywa z rąk.

Tu powinniśmy jako rodzice wspólnie korzystający z placów zabaw uświadomić sobie jedną ważną rzecz. Takie zachowanie dwulatka jest na tym etapie rozwoju NORMALNE. To, że my tego nie akceptujemy, wynika z tego, że my już jesteśmy świadomi norm społecznych, a ich odbiór PROJEKTUJEMY na dwuletnie dziecko i podświadomie (lub świadomie) oczekujemy, że ono będzie się do nich stosować. A ono się nie stosuje, bo jego mózg nie funkcjonuje jeszcze na tym poziomie abstrakcji.

Następuje więc lekka spina grożąca otwartym konfliktem. Moje dziecko zabiera grabki drugiemu dziecku. Matka tego drugiego zabija mnie wzrokiem i mentalnie buduje mi okazały stosik, na którym sczeznę marnie, żądając wcześniej (niemym spojrzeniem), żebym coś zrobiła z moim wrednym, niewychowanym bachorem, bo bachor krzywdzi jej dziecko.

Bachor nie ma świadomości, że kogoś krzywdzi, bo kwestia zrozumienia poczucia własności jest jeszcze przed nim, rozumiecie mnie? Co więc robić?

zabawa5

Idealna, w moim pojęciu, sytuacja była by taka, żeby zostawić dzieci same sobie. Poważnie. Nie interweniować, o ile nie dochodzi do rękoczynów lub działań, które szkodzą zdrowiu (jak ktoś chce dziabnąć patykiem w oko, to ruszyć zad należy, to jasne). Z dziećmi jest jak ze szczeniętami lub kociętami. Te w czasie zabawy podgryzają jedno drugie i choć ugryzienia bywają naprawdę bolesne, są jednocześnie nauką. Nie możemy naszych dzieci wyręczać we wszystkim i torować im drogi łokciami przez świat aż do czterdziestki, bo to nie sprzyja nauce samodzielnego rozwiązywania problemów.

Problem jest w samym rodzicu. Jedni z nas (na przykład ja) mają problemy z asertywnością, inni tych problemów nie mają. Generalnie naszą niepewność co do zachowania się sprowadzić można do stwierdzenia: czy nie reagując, kiedy mojemu dziecku ktoś coś zabiera, pozbawiam je naturalnego wsparcia, które powinienem jako rodzic mu zapewnić? Jest też drugi problem: czy nie udzielając pomocy skazuję moje dziecko na to, by zajmowało pozycję ofiary?

O presji na drugiej stronie.

22 KOMENTARZE

  1. Ha ! Cenne spostrzeżenia. Widzę, o ile bywam na tych wszystkich sławnych placach zabaw, straszną presję na dzielenie się. Tymczasem serio, nie ma gorszego sposobu na nauczenie dzieci dzielenia się z innymi, niż zmuszanie ich do tego i wymaganie, aby zawsze były gotowe na to, aby oddać co ich. Kilka razy zdarzyło mi się zastosować pewien chwyt, który działa na wyobraźnię takich „pro- dzielących” się dorosłych, więc i Wam zostawię 🙂 Mówię rodzicom, że skoro trzeba się dzielić, to ja poproszę kluczyki do ich auta, chwilę sobie pojeżdżę, wypróbuję, a za chwilę oddam 😉 No daleko nie odjadę, spoko, będziecie mnie mieć na oku;) Przeważnie działa 🙂 Konsternacja bezcenna. 😉 Dla dziecka ta foremka, miś, czy rowerek to integralna część ich, własność, coś co wywołuje emocje. To nie jest proste od tak oddać. Nam też jest trudno się dzielić, nie wszystkim się dzielimy, takie nasze prawo, że pewne rzeczy są osobiste, nasze i tylko nasze, no sorry.
    Dziecko, które zawsze się ma dzielić, nie uczy się szanować własnych granic. Widzi, że to nie jest ważne co czuje, ważne, żeby zrobić dobrze komuś innemu. Nie umie odmawiać, szanować własnej integralności, a to przecież ważne życiowe umiejętności, bez których inni nas zjedzą! Nie można oddać wszystkiego!
    Także wszystko z umiarem!

    • Popieram, az szkoda, ze nie ma lajkow do komentarzy (Krusz, halo, slyszysz? 🙂 ) Ja stosuje patent z komorka, pozycz mi ja, tylko sie pobawie, pogram w gierki i zaraz oddam 🙂 Poza tym w domu mama ma swoje rzeczy, tata swoje (nie rusz-zostaw-odloz-zepsujesz-jesusmaria uwazaj-co ty narobiles) a dziecko nie? Troche przejaskrawiam, fakt. I rowniez uwazam, ze dzielenie sie ma wyplywac od dziecka, nie trzeba nakazywac, tylko zachecac. A najlepiej to dawac dobry przyklad 😀

    • Ja mam wiecznie ten sam dylemat.. uczę moją córeczkę (synka też będę) że dzielić się trzeba aczkolwiek z umiarem. chodzi mi o to że jeśli moje dziecko akurat się bawi i któraś z koleżanek chce zobaczyć/pobawić się/potrzymać to w życiu ma nie przerywać zabawy bo trzeba się dzielić.. ma prawo powiedzieć – później ok? teraz się bawię. z drugiej strony jak obserwuję swoje dzieci to mam wrażenie że właśnie przez to są na straconej pozycji.. ciężko to opisać słowami ale upraszczając, czemu moje dziecko ma dzielić się z innymi tylko dlatego że inne dzieci nie wyniosły zabawek, nie mają takich w domu albo uczone są – nie dawaj innym, walcz o swoje itd. albo w inną stronę cały czas słyszę – mogę spróbować, mogę potrzymać a od siebie nic nie dają.. bo mamuśki wolą dzieciom zabawki w domu zamykać żeby aby na pewno nikt nie zepsuł, nie zmarnował płynu z baniek itd..Mało logicznie napisane ale może ktoś coś z tego zrozumie 😛

    • Mam podobny patent uświadamiający. Wkurza mnie jak rodzice na siłę chcą dać coś mojemu dziecku. Bo trzeba się dzielić. I tak idzie taka łopatka z przyczepionym płaczącym maluchem. Bo on tak naprawdę nie ma ochoty się podzielić. Pytam „A czy Pan by się tak łatwo podzielił telefonem, samochodem itp z inną osobą? Dla dziecka ta łopatka ma taką samą wartość”.

      Sama uczę dziecka dzielenia. Zabawkami mogą się bawić wszyscy chętni. A u nas na placu zabaw jest patent podpisywania gratów do piachu. Nie ma ryzyka, że się weźmie do domu nie swoje.

  2. myśle że najwiekszy problem to biegnący na ratunek rodzice. taki rodzic potrafi bardziej zaszkodzić niż pomóc złotymi radami w stylu: daj mu przeciez jest młodszy.
    ja tez jestem za tym żeby dzieci doglądać kiedy się bawią i czy nie robią sobie krzywdy a nie chodzenie krok w krok i ciągłe sugestie, (np a weź teraz łopatke i zrób tak, a może chcesz na huśtawke, no chodź! ) i ratowanie biednego dziecka gdy inne chce mu zabrac zabawke.

    • O, to jest bardzo ważne, co piszesz.
      „daj mu przeciez jest młodszy”. Jeszcze w wersji „ustąp mu, bo jest młodszy”. W ten sposób młodsze rodzeństwo przyzwyczajamy do roli domowego terrorysty, a prawa starszego są pokrzywdzone. To jest trudna rzecz, tu też upadam, bo dla nas, rodziców, jest zwyczajnie prościej, jeśli starsze dla świętego spokoju ustąpi młodszemu. Tylko że to jest niesprawiedliwe.

  3. Jesteś wielka 😀 Spadłaś mi z nieba tym postem 😀 Jestem mamą dwuipółlatka i u aktualnie jest u nas na tapecie „bitwy” w piaskownicy do tej pory starałam się nie reagować dopóki nie dochodzilo do rękoczynów, przeważnie właśnie odwracałam uwagę mojego Kuby od powodu konfliktu. Ostatnio miałam też nieprzyjemną sytuację w sklepie kiedy to moje dziecko siedziało na podłodze przy mnie (nie rozrabiał siedział cichutko i bawił się autkiem) jedna klientka naskoczyła na mnie że nie zwracam uwagi dziecku bo się żle zachowuje, a ja niewiele myśląc (niestety przeważnie najpierw mówię potem myśle) zrobiłam jej awanturę że to moje dziecko i moja sprawa na to włączyła się druga kobieta też klientka że tamta miała rację cyt. „jak tak będziemy wychowywać dzieci to na ulcę nie będzie się dało wyjść” nic nie odpowiedziała i wyszłam ze sklepu. Potem powiedziałam Kubie że się źle zachowywał. Wiem że takie sytuacje będą jeszcze sie zdarzały nie raz, ale jak mam się zachowywać wtedy. Moje dziecko nie jest aniołkiem ale raczej mnie słucha i wie że w sklepie nie wolno biegać czy ruszać z półek.
    Ps. Uff a się rozpisałałam 🙂 Pozdrawiam Teresa

  4. Odnośnie tych wszystkich problemów uwielbiam węgierskie matki. Wyobraź sobie, że one się zwyczajnie nie wtrącają. Wręcz miałam sytuację, że mój synek zabrał autko innemu dziecku (leżące samotnie autko, ale tego chłopca) i maluch się rozpłakał. Mama go przytuliła a jak ja próbowałam przekonać mojego synka do oddania autka, powiedziała żebym się nie wygłupiała i że jej dziecko musi się nauczyć. Oczywiście potem dzieciaki bawiły się kilkoma autkami obok siebie i już bez płaczu. Zawsze staram się patrzeć z boku i ewentualnie tłumaczyć, że nie zabiera się innym zabawek i takie tam. Nawet kilka razy próbowałam synka namówić aby spróbował się wymienić, ale chyba jeszcze nie ten etap rozwoju 🙂

  5. Dzielenie się – bo tak trzeba. Szlag mnie trafia, jakoś kiedy dorosła kobieta maluje usta szminką to nie leci dawać jej od razu obcej babie na placu zabaw – a może ta obca baba też by chętnie się pomaziała, co? Pfff.
    Ja jestem na placu zabaw z boku – dzieci się bawią, to super, wykorzystam to i może uda się poczytać. Zerkam ciągle, co się dzieje, ale nie interweniuję, nie wtryniam się w sprzeczki, utarczki. W przypadku 5latki praktycznie wcale (owszem, córka przybiega do ławki i oczekuje jakiegoś wsparcia – poddaję pomysł rozwiązania konfliktu i tyle), u niespełna 2,5 latki – różnie, ona się bawi z dziećmi bo i żłobkowa, i starsza siostra narzuca tempo i zobowiązuje 😉 tu wiadomo, pomoc nieraz potrzebna, choćby dlatego że nie zawsze potrafi obsłużyć sprzęt placowy. Ale gdy siedzi w piaskownicy – nie wtrącam się, w piaskownicy są zabawki przeróżnych dzieci i tylko patrzę, czy któreś nie bije, nie odgania mojego (moja nie bije). I mocno się dziwię rodzicom dzieciaków ponad 2letnich, że siedzą stale w piaskownicy. Kiedy to dziecko ma zacząć radzenie sobie w konfliktach?
    Natomiast bardzo lubię plac obok przedszkola, bo spotykają się tam dzieciaki przedszkolne głównie, wiele matek się zna i dzieci są moje-twoje. Koleżanki córki przybiegają do „rodzicielskiej ławki” i gdy jest paka paluszków, to je każde, gdy dzielę jabłkiem to załapie się to, które zdąży 😀 Kiedy muszę przewinąć młodszą, to reszta zerknie na starszą i tak dalej.

  6. Racja że można się dzielić ale nie trzeba, nie ma innej dobrej opcji 🙂 Widziałam raz taką scenę – czterolatek wyrywa płaczącemu dziecku koparkę i krzyczy „Trzeba się dzielić! Przecież trzeba się dzielić!!!”…

  7. Pani Krusz, jak ja lubię takie podejście do sprawy. Nic kategorycznie, ale znów świetnie Pani pokazała na co trzeba zwrócić uwagę. Tak, wiem… strasznie cukruję 😉 No, ale do rzeczy. Jako mama prawie 10 miesięcznej Córy, która już pokochała huśtawki, a co za tym idzie place zabaw, to właśnie ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad etapem, którym Pani opisuje. Szczególnie, że Dzieć od sierpnia do żłobka idzie. A ja to raczej z tych, co to „no weź, no daj…”, czyli klasyczne „problemy” z asertywnością;) Złoty środek trzeba zachować, tak jak Pani pisze, czyli chcesz – „podziel się”, nie chcesz – „nie musisz”, ewentualnie – „daj później jak sama się pobawisz”. W zależności od sytuacji of kors. Tak to widzę.
    A tak z innej beczki, czy dałoby radę coś o przygotowaniu mentalnym/psychicznym dziecka/matki do żłobka/przedszkola…? Może było, tylko nie mogę się dokopać?

  8. Wszystko zależy od sytuacji i zachowania młodego agresora. Jeśli dziecko wyrywa innemu zabawkę z ręki, popycha czy sypie piachem w inne dzieci, to ja jednak oczekuję reakcji jego rodzica. Nigdy nie jest za wcześnie żeby zacząć uświadamiać dziecko, że pewnych rzeczy nie należy robić. W końcu zrozumie 🙂

  9. Kiedyś byłam świadkiem jak mądry tatuś próbował wyjaśnić niemądrej babci(chyba), że jej wnuczek nie musi „podzielić się” swoim rowerkiem z córeczką tego tatusia tylko dlatego, że ona jest młodsza, tłumaczył, że rowerek jest chłopczyka i jak nie chce, to niech nie daje, ale babcia była twarda – trzeba się dzielić, a już koniecznie z młodszymi…

  10. Dziecięce zasady posiadania:
    1. Jeżeli coś mi się podoba, to jest moje.
    2. Jeżeli coś mam w ręce, to jest moje.
    3. Jeżeli mogę to zabrać, to jest moje.
    4. Jeżeli bawiłem się tym przed chwilą, to jest moje.
    5. Jeżeli coś jest moje, to NIGDY nie jest twoje.
    6. Jeżeli coś buduję to WSZYSTKIE części są moje.
    7. Jeżeli to pierwszy zobaczyłem, to jest moje.
    8. Jeżeli bawiłeś się czymś i odłożyłeś to na chwilę, to to stało się moje.
    9. Jeżeli bawisz się czymś moim, to mam prawo cię ugryźć.
    10. Jeżeli się popsuło to jest twoje.
    🙂 pozdrawiam

    • O tak…
      Mozna tylko dodac, ze po niewielkich modyfikacjach niektorym ten „dekalog” zostaje i w doroslym zyciu 🙂

  11. jedno słowo a zupełnie inny wymiar. „musisz się dzielić, trzeba się dzielić ” – a „warto się dzielić” . od razu inny wydźwięk. dziękuje. Jesteśmy z córką właśnie na tym etapie 🙂

  12. Moja córka nie ma jeszcze 2 lat a doskonale rozumie slowa „moje”, „mój”, „moja”. Wie co jest jej i jak laskawie zechce to starsi bracia mogą sie tym pobawić. Rozumie też że coś może być nie jej i że jeśli starsi bracia nie zezwola to nie może się tym bawić. Dodam, że wcale jej tego nie uczyłam. Bracia ją nauczyli 🙂 Morał taki że dzieci powinny się uczyć od siebie bo tak uczą się najszybciej 🙂
    pozdrawiam