Mam taką swoją nową, świecką tradycję, że co roku zapominam o inicjatywie, której ojcem (to dobre słowo) jest Andrzej Tucholski, a polegającej na tym, że podpowiadamy trzy blogi, na które sami zaglądamy i czynimy to nie po to, by zerżnąć dobre pomysły, tylko po prostu lubimy to, co tworzą ich autorzy. Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze piękna, młoda i bez kredytu, prowadziłam na „Dzieciowo mi!” cykl zwany „Piątkiem z blogującą mamą/blogującym tatą”. Kilkadziesiąt blogów w sumie zostało wtedy wezwanych do tablicy i Share Week dobrze się wpisuje w ten zwyczaj 😉

No i w tym roku – szok i niedowierzanie – znów by mi umknęło, gdyby nie autorka Elementarza Mamy, która mi o tym przypomniała w sposób dla mnie bardzo miły. Problem ze mną polega na tym, że obecność w internetach ograniczyłam do minimum. Skasowałam konto na YT, właściwie nie zaglądam na FB, jestem z gatunku „za młoda by umrzeć, za stara na Snapchata” i nawet jeśli któreś blogi odwiedzam, to robię to nieregularnie. Z góry przepraszam. Wymienię jednak te, na które wpadam tak z partyzanta i jest to czynność powtarzalna.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym reguł gry nie przeinaczyła na własną modłę, dlatego nie ograniczę się do jednego polecenia w trzech osobach, ale zastosuję blogowy politeizm. Z góry uprzedzam, wybór jest czysto subiektywny. Te blogi mi „paszą”, koniec kropka, przyczyn wskazać by można pierdyliard. Ciekawe jest to, że na żaden z podanych tu blogów nie wchodzę za pośrednictwem Facebooka 😉 Zapinamy pasy i wio.

Boska matka – bardzo ciekawy blog, zupełnie odbiegający charakterem od tego, co zwykło się określać blogiem rodzicielskim. Boska matka ma rzadką i cenną umiejętność dostrzegania istotnych zagadnień i problemów, trafnego ich opisywania i robi to wszystko w sposób bardzo zwarty, bez wodolejstwa. Przy tym nie certoli się i jeśli chce coś wytknąć paluszkiem, to po prostu wytyka i kropka. Nie znaczy to, że wszystkie poglądy Autorki podzielam – w niektórych różnimy się mocno. I dobrze. Zawsze jednak warto przeczytać to, co ma do powiedzenia. Wartościowe teksty, wartościowe wywiady, żadnego pieprzenia o głupotach.

Elementarz mamy – lubię tu zerkać nie dlatego, że autorka podobnie jak ja ma troje dzieci w tym bliźnięta 😉 Fajne jest to, że wchodzi się na jej stronę i czuje… autentyczność. Wiecie, co chcę powiedzieć? Skoczę czasem to na jeden blog rodzicielski, to na drugi i doświadczam nieznośnego uczucia deja vu. Wszystkie na jedno kopyto. Przepiękne, fachowo robione zdjęcia i treść, której nie da się czytać, nie mówiąc już o powtarzalności tematów. Widzisz smakowite ciastko, bierzesz do ust, a to tektura. Blog Autorki Elementarza porusza tematy stricte rodzicielskie, ale robi to tak, że spotykamy żywą osobę, a nie kreację przygotowaną do zwojowania soszial midiów.

Skorpion w rosole – Skorpion to osoba, od której można by się uczyć, co można zrobić z językiem. Polskim językiem w znaczeniu werbalnym, nie odpowiednio umięśnionego organu 😉 Szczerze i autentycznie zazdroszczę Skorpionowi elastyczności i pomysłowości w posługiwaniu się słowem. Nie osiągnęłam i zapewne nigdy nie osiągnę tego poziomu. Gdyby porównać to, co wychodzi spod klawiatury Skorpiona, do potrawy, to mamy do czynienia z wirtuozerią smaków i aromatów. Dla mnie mistrzostwo. Skorpionie, chapeaux bas! Nawet jeśli nie daję znaku życia w komentarzach, wiedz, że zaglądam.

Nie mogę nie wymienić też kilku autorów, do których mam sentyment i to silny nawet 🙂 Chuda z Od rana do wieczora, Joanna z Moje Waterloo oraz Therion z Komary rypią. Nawiedzam was, pamiętam o was, nie znacie dnia ani godziny 😉

Na zdjęciu jest moja miejscówa, gdzie najczęściej powstają notki. Tak, to stół w kuchni, obok jest lodówka. Od wieków najlepiej pisze się w kuchni 😉

21 KOMENTARZE

    • Pamietam 😉 Szczerze? Czekam na sarkastyczne komentarze otaczającej nas rzeczywistości (tak bardzo ogólnie pojętej, niekoniecznie politycznej). Piszesz świetnie, trochę mi tych tematów brakuje 😉 Ale spoko, czyta się bardzo dobrze 🙂

      • Kiedy zakładałem tego bloga, obiecałem sobie jedno: Nigdy nie brać się za publicystykę. Nawet nie wiesz ile razy mnie już korciło, ale póki co się udaje (chyba). Czuję jednak, że muszę gdzieś mieć ujście swojego widzenia rzeczywistości i chyba w najbliższym czasie wprowadzę w życie myśl, która zakiełkowała już jakiś czas temu, żeby założyć drugiego bloga 🙂

    • Nie kumam fenomenu Snapchata. No nie ogarniam 🙂
      Nie kumam też fenomenu Vine, choć to już bardziej. Jedynym medium „obrazkowym”, że tak się wyrażę, które miało odpowiada, jest Instagram. No, tam to popłynęłam 🙂

        • Ja wiem, że ma logo z duszkiem. Co to Vine nie mam pojęcia (zaraz się doedukuję). Na niektóre profile na insta czasem zaglądam, ale sama nie posiadam. Niedawno nabyliśmy aparat, może jak ogarnę robienie zdjęć na poziomie „fulprofeska”, to się skuszę 😉

          • Vine to takie miejsce, gdzie umieszczasz filmiki, które mogą trwać maksymalnie 6 sekund. Świetnie na tym wychodzą osoby zajmujące się DIY, bo filmiki montują ze zdjęć pokazujących proces robienia czegoś. I to działa. Miałam przez krótki czas konto na Vine, doszłam jednak do wniosku, że nie mam nic do pokazania w 6 sekund, chłamu i badziewia zamieszczać nie będę i nie jest mi to potrzebne do szczęścia. Na punkcie zdjęć mam jednak totalnego szmergla i konto na Instagramie funkcjonuje dobrze, rozrasta się bujnie, a fotki cykam coraz lepsze, nieskromnie powiedziawszy. No i wyłącznie telefonem 😉
            Snapchat w moim pojęciu wiąże się – oprócz zalewu badziewia – z koniecznością odsłonienia swojej prywatności. Mój ekshibicjonizm sieciowy i tak jest wybujały, nie wiem, jak mogłabym go bardziej podkręcić 😉

  1. Blogów raczej nie czytam (z paroma, a jakże, wyjątkami), ale Twoja rekomendacja może mnie popchnie we właściwym kierunku.
    Kiedy trafiam na blog-perełkę, teksty kogoś, kto pisze ciekawie i po polsku, sama czasem mam ochotę zacząć coś pisać; mam jednak wrażenie, że wszystko już zostało napisane, i to lepiej, niż ja bym zrobiła, więc pozostawiam to zbożne dzieło innym, na przykład Tobie 🙂